Nie chodzi przecie o to, aby się nabuchać cudzych myśli i następnie wyrzygiwać w stanie niestrawionym: ten powiedział to, a ten tamto (jak to sobie pewni panowie wyobrażają studium filozofii) tylko o to, aby poznać najstraszliwsze problemy istnienia i zdobyć sobie jaki taki swój własny pogląd, patrząc jak walczą z nimi największe łby naszej planety. Witkacy
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
sobota, 16 marca 2013
Holokaust Polaków, rozmowa z prof. Richardem Lukasem
O antypolonizmie żydowskich historyków w USA z prof. Richardem Lukasem rozmawia Piotr Zychowicz.
Piotr Zychowicz.:Tytuł pańskiej książki musiał w Ameryce wzbudzić spore kontrowersje.
Richard Lukas.: O tak, w życiu nie spodziewałbym się, że po jej opublikowaniu rozpęta się taka burza! Pisano o mnie rzeczy wręcz niebywałe. Przekręcano moje intencje i atakowano mnie poniżej pasa. Dostawałem telefony i listy z pogróżkami oraz obelgami. Od momentu wydania „Zapomnianego Holokaustu” w Ameryce przestałem otrzymywać zaproszenia na konferencje naukowe i wykłady. Pamiętam, że moja żona powiedziała wówczas: „Boże, w coś ty się wpakował?!”.
P.Z.:No właśnie, w co pan się wpakował?
R.L.: Amerykańscy historycy dzielą się na dwie grupy. Historyków II wojny światowej i historyków Holokaustu. Pierwsi są bardzo obiektywni i profesjonalni. Ich reakcja na moją książkę była bardzo spokojna i rzeczowa. Zebrałem od nich bardzo pochlebne opinie. Druga grupa – historycy Holokaustu – składa się niemal wyłącznie z badaczy żydowskiego pochodzenia. Oni moją książkę uznali za herezję, a użycie słowa „Holokaust” za skandal.
P.Z.:Dlaczego?
R.L.: Bo uważają, że Żydzi mają patent na to słowo. A próba zestawiania ich tragedii z jakąkolwiek inną to zbrodnia. Moja książka została uznana za „zbyt propolską”.
P.Z.: Trudno sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek stawiał jakiejś innej książce zarzut, że jest „zbyt prożydowska”.
R.L.: (śmiech) O, zdecydowanie – nikt nie ośmieliłby się wystąpić z takim zarzutem. Nikt w Stanach Zjednoczonych nie postawił takiego zarzutu profesorowi Janowi Grossowi. Podział ról jest bowiem z góry ustalony. Żydzi w opowieści o II wojnie światowej są „good guys”, a Polacy są „bad guys”.
P.Z.: A Niemcy?
R.L.: Niemcy są abstrakcją.
P.Z.: Dlaczego zdecydował się pan napisać „Zapomniany Holokaust”?
R.L.:Zaczynałem jako historyk dyplomacji i wojskowości. Napisałem książkę „Eagles East” o relacjach między Ameryką a Sowietami w czasie II wojny światowej. Potem zająłem się wojennymi relacjami między USA a Polską („The Strange Allies”). Właśnie podczas pracy nad tą ostatnią monografią natrafiłem na sporą liczbę relacji i dokumentów dotyczących cierpień wojennych Polaków. Zorientowałem się, że są to sprawy zupełnie nieznane w Ameryce.
P.Z.:Ta niewiedza wynika z ignorancji czy z innych powodów?
R.L.: Ta niewiedza wynika z pewnego specyficznego podejścia do okupacji Polski w latach 1939-1945. Polska i Polacy dla historyków amerykańskich zajmujących się tym okresem są wyłącznie tłem dla Holokaustu. Zagłada jest wydarzeniem najważniejszym i centralnym. Wszystko inne nie ma żadnego znaczenia, cała historia Polski XX w. jest pisana z perspektywy cierpienia Żydów.
P.Z.: A Polacy?
R.L.: Gdy w latach 80. brałem się za pisanie swojej książki, postanowiłem sprawdzić, co amerykańscy historycy napisali już do tej pory o cierpieniach Polaków podczas wojny. Okazało się, że… nic. Książek o cierpieniach Żydów w Polsce były już zaś wtedy tysiące. Taka sytuacja to kuriozum, zważywszy na to, że ilościowo straty wojenne wśród Polaków katolików były mniej więcej takie same jak wśród Polaków żydów. Stąd też wziął się mój pomysł na tytuł. Uważam, że nie ma powodu, dla którego nie można nazwać tego, co spotkało Polaków, Holokaustem. Polskie ofiary nie były wcale gorsze od żydowskich.
P.Z.: Jak pan tłumaczy tę dysproporcję w podejściu do tragedii Żydów i Polaków?
R.L.: Zacznijmy od prasy. W Ameryce ma ona znaczenie wręcz olbrzymie. Duszą inteligencji amerykańskiej rządzi „New York Times”. Moja książka „Zapomniany Holokaust” w ciągu ostatniego ćwierćwiecza miała w Ameryce olbrzymią liczbę wydań i w środowisku naukowym uznawana jest za „klasykę”. Interesujący się niezmiernie II wojną światową „New York Times” nie poświęcił jej jednak przez te ćwierć wieku nawet linijki.
P.Z.: A posyłał im pan egzemplarze recenzenckie?
R.L.: Zawsze (śmiech). Zawsze też bardzo uważnie czytałem „New York Timesa”, szczególnie jego sekcję z recenzjami publikacji. Przez tych kilkadziesiąt lat dziennik ten nigdy nie opublikował recenzji jakiejkolwiek książki poświęconej okupacji Polski, w której Polacy nie zostaliby przedstawieni jako sprawcy Zagłady i współodpowiedzialni za Holokaust. W ten sposób „New York Times” w odpowiedni sposób kształtuje amerykańską elitę intelektualną.
P.Z.: „New York Times” zastrasza historyków?
R.L.: Nie zastrasza. On ich zniechęca. Wystarczy bowiem przychylna recenzja w „New York Timesie”, aby książka sprzedała się w olbrzymiej liczbie egzemplarzy. Podobne podejście ma zresztą cała machina medialna w Stanach Zjednoczonych. Historyk, który chce być „sławny i bogaty”, historyk, który chce być hołubiony przez gazety, ośrodki akademickie i salony intelektualne, nie będzie więc pisał o cierpieniach Polaków. Po co tworzyć coś, co przejdzie bez echa? Mało tego, może zaszkodzić. Historyk napisze więc kolejną standardową książkę o Holokauście, w której przedstawi Polaków jako zbrodniarzy. Tak jest łatwiej.
To chyba casus wspomnianego przez pana Grossa. Swoją karierę na emigracji zaczynał od pisania o polskim cierpieniu (między innymi znakomite „W czterdziestym nas matko na Sybir zesłali”). Gdy zorientował się, że nikogo te książki nie obchodzą, zabrał się za „Sąsiadów”. „New York Times” rozpływał się nad nim w zachwytach i dostał Gross etat w Princeton .
Książka „Sąsiedzi” to coś niebywałego. Gdy ją przeczytałem, byłem zdumiony. Gdybym ja napisał coś takiego, książkę opartą na tak nieprawdopodobnie słabej bazie źródłowej, książkę niepodpartą żadną kwerendą i bazującą głównie na spekulacjach, zostałbym natychmiast wyrzucony z cechu historyków. To byłoby dla mnie kompromitujące, straciłbym swoją wiarygodność jako badacz. Pisać coś takiego bez przeprowadzenia badań w niemieckich archiwach – to wręcz niebywałe! Gross nie tylko zaś wydał taką książkę, nie tylko udało mu się uniknąć odpowiedzialności za fatalne błędy zawodowe, ale jeszcze jest za tę książkę hołubiony.
P.Z.: Jak to możliwe?
R.L.: Jest to książka ze słuszną tezą. Książka pisana pod gusta amerykańskich środowisk naukowych. Było kilku historyków Holokaustu, którzy prywatnie wyrazili mi swoje poparcie po tym, gdy napisałem „Zapomniany Holokaust”. „Brawo Richard! Zgadzam się z tobą” – mówili mi w prywatnych rozmowach. Żaden z nich jednak nigdy nie odważył się tego napisać czy powiedzieć publicznie. Wszystkie poważne wydziały zajmujące się Holokaustem na amerykańskich uczelniach są bowiem kierowane przez żydowskich historyków. Nikt nie chce się więc narazić swoim szefom.
P.Z.: Zna pan na pewno przypadek Normana Daviesa, który w latach 80. miał dostać etat na prestiżowym Uniwersytecie Stanford. Kandydatura została utrącona, bo jego książka „Boże igrzysko” została właśnie uznana za „zbyt propolską”.
R.L.: Oczywiście, że znam tę oburzającą historię. Napisałem wówczas bardzo ostry list do rektora Stanfordu, w którym wziąłem w obronę Daviesa. Ten znakomity historyk padł ofiarą patologicznego zjawiska, o którym mówimy.
P.Z.: Ktoś mógłby powiedzieć, że pańskie słowa o żydowskiej dominacji na amerykańskich uniwersytetach to teoria spiskowa?
R.L. Ktoś taki nie miałby bladego pojęcia o amerykańskich uniwersytetach. To zresztą nie jest problem tylko wyższych uczelni. Mniej więcej 10 lat temu napisałem książkę „Did the Children Cry: Hitler’s War Against Jewish and Polish Children”. Zestawiłem w niej wstrząsające relacje dzieci pod okupacją. Zarówno żydowskich, jak i polskich. Mój wydawca zgłosił ją do prestiżowej Nagrody im. Janusza Korczaka, którą przyznaje Liga przeciwko Zniesławieniom. To najbardziej znana i wpływowa żydowska organizacja w Stanach Zjednoczonych. Nagroda ta jest przyznawana nie przez polityczny zarząd fundacji, ale przez specjalne jury, w skład którego wchodzą Żydzi i nie-Żydzi. Zarząd Ligi się tą sprawą nie zajmuje.
P.Z.: Wygrał pan?
R.L.: Tak, dostałem tę nagrodę. I byłem zachwycony, bo Janusz Korczak jest jednym z moich idoli. Człowiekiem, który reprezentował sobą wszystko to, co najlepsze w obu narodach – polskim i żydowskim. Dostałem więc oficjalną informację, że przyznano mi nagrodę. W międzyczasie zarząd Ligi zorientował się jednak, że jury przyznało nagrodę autorowi „Zapomnianego Holokaustu”. 24 godziny później dostałem list od Ligi, w którym napisano, że nagroda została mi odebrana. Stwierdzono, że nie naświetliłem problemu „w odpowiedni sposób”.
P.Z.: Jak pan zareagował?
R.L.: Wściekłem się! I uznałem, że nie odpuszczę. Natychmiast poszedłem do adwokata i kazałem mu zająć się sprawą. Napisał on list do szefa Ligi Abrahama Foxmana.
P.Z.: Polskiego Żyda, który został uratowany przez swoją polską nianię.
R.L.: Dokładnie. W liście tym mój adwokat zagroził, że uda się z tą sprawą do prasy. A Liga przeciwko Zniesławieniom niczego tak się nie boi jak czarnego PR. Postanowili mi więc nagrody nie odbierać. Wyróżnienie to wręczane jest jednak zawsze podczas wspaniałej uroczystości w Nowym Jorku, po której organizowany jest bankiet. Przychodzi na nią intelektualna elita tego miasta, szeroko pisze o niej prasa. Mnie nagrodę przysłano pocztą… To cena, jaką płacę za „Zapomniany Holokaust”.
P.Z.: Co w pańskiej książce najbardziej oburzyło jej krytyków?
R.L.: To, że sprzeciwiłem się dogmatowi, który obowiązuje w amerykańskim spojrzeniu na Holokaust. A dogmat ten brzmi: Polacy byli antysemitami. Kropka. Część była obojętna wobec zagłady Żydów, a druga część wzięła w niej aktywny udział. W swojej książce podjąłem próbę ukazania prawdziwego oblicza tego problemu. Nie kryłem, że wśród Polaków byli bandyci, którzy podczas wojny zachowywali się niegodnie. Ludzie tacy są jednak w każdym społeczeństwie. Polacy nie mieli monopolu na zło, tak jak Żydzi nie mieli monopolu na dobro. Oba narody były złożone ze zwykłych ludzi. Dobrych i złych. Wśród Żydów podczas II wojny światowej również występowały postawy niegodne.
P.Z.: Kluczowe jest chyba to, jaka była reakcja Polskiego Państwa Podziemnego na patologiczne, antysemickie zachowania wśród Polaków.
R.L.: Oczywiście. A postawa ta była skrajnie negatywna. Ludzie, którzy dopuszczali się niegodnych czynów – jak szmalcownicy – byli napiętnowani i surowo karani. Były przypadki skazywania ich na śmierć i wyroki te wykonywano. Nie będę już mówił o olbrzymiej liczbie Polaków, którzy pomagali Żydom, bo są to sprawy w Polsce dobrze znane. Wystarczy powiedzieć, że było ich znacznie, znacznie więcej niż Polaków, którzy Żydom szkodzili.
P.Z.: Mimo to od żydowskich historyków w kółko słyszymy jedno pytanie: „Dlaczego nie zrobiliście więcej?”.
R.L.: To jest chyba najlepszy przykład ukazujący, jakim nieporozumieniem są badania nad Holokaustem w Ameryce. Jak niekompetentni są prowadzący je ludzie. Ich olbrzymie, wygłaszane ex post oczekiwania wobec narodu polskiego opierają się na kompletnym niezrozumieniu epoki. Wymagania te stawiane są bowiem narodowi, który także był narodem ofiar. Narodowi, który również straszliwie cierpiał.
P.Z.: Oni jednak o tych cierpieniach nie chcą przecież słyszeć.
R.L.: Dokładnie! I właśnie rozwiązał pan zagadkę amerykańskich studiów nad Holokaustem. To, dlaczego nie mają one żadnego sensu. Tych żydowskich historyków z całej historii II wojny światowej interesuje wyłącznie jeden temat. Cierpienie Żydów. Nie interesuje ich nic poza tym. Wszystkie światła skierowane są na Żydów, wszystko pozostałe jest pozostającym w cieniu tłem. Skoro więc cierpienia Polaków ich nie interesują, to o tych cierpieniach nie wiedzą. A skoro o nich nie wiedzą, to wydaje się im, że nie istniały. A skoro nie istniały, to znaczy, że Polacy pod okupacją prowadzili normalne, spokojne życie. Nie byli niczym zagrożeni, Niemcy ich nie niepokoili. Jeżeli rzeczywiście ma się taki obraz niemieckiej okupacji Polski, to trudno się dziwić, że zadaje się pytanie: „Dlaczego nie zrobiliście więcej, aby ratować Żydów?”.
P.Z.: Zamknięte koło.
R.L.: Niestety, żydowscy historycy są po prostu niedouczeni, nie rozumieją i nie znają tematu, którym się zajmują. Piszą swoje książki w próżni. Jeżeli historyk wyrywa jakieś wydarzenie z kontekstu, to otrzymuje zdeformowany obraz. Nie pisze prawdy. Nie można pisać o historii okupacji Polski przez pryzmat doświadczenia tylko jednego narodu. Takie judeocentryczne podejście jest błędne z metodologicznego punktu widzenia. Niestety, innego, normalnego spojrzenia się nie dopuszcza. To właśnie tłumaczy, dlaczego moja książka „Zapomniany Holokaust” wywołała taki szok i oburzenie w USA . Jeżeli tym ludziom od kilkudziesięciu lat wbija się do głowy, że tylko Żydzi cierpieli, a Polacy byli antysemitami i współsprawcami Holokaustu, to nic dziwnego, że gdy pojawił się jakiś facet, który napisał, iż Polacy także padli ofiarą Holokaustu, ci ludzie byli zszokowani.
P.Z.: Naprawdę jest aż tak źle?
R.L.: Dość niedawno zostało przeprowadzone pewne badanie socjologiczne, którego wyniki uważam za katastrofalne. Przebadano amerykańskich nauczycieli akademickich i badaczy zajmujących się Holokaustem. Przyznali oni, że mają negatywny stosunek do Polaków. Jeżeli ci panowie z takim założeniem zabierają się do pisania historii, to naprawdę trudno się dziwić, że zamiast historii wychodzi im stronnicza publicystyka, propaganda. Osobiście widziałem skutki takiej pedagogiki w przypadku młodych ludzi. Są opłakane.
P.Z.: Na przykład?
R.L.: Tak jak panu powiedziałem, odkąd wydałem „Zapomniany Holokaust”, nie jestem mile widziany w ośrodkach akademickich. Naukowcy, nawet jeżeli się ze mną zgadzają, boją się mnie zaprosić. Zdarzają się jednak wyjątki. Pewnego razu zostałem poproszony o wygłoszenie wykładu na jednym z czołowych uniwersytetów w Pensylwanii. Na sali zebrał się olbrzymi tłum. Profesorowie i studenci. Około 500, może 600 osób. Opowiadałem o polskich cierpieniach podczas wojny. Gdy skończyłem, 10 obecnych na sali żydowskich profesorów wstało i w milczeniu, ostentacyjnie opuściło salę.
P.Z.: Aż trudno w to uwierzyć.
R.L.: Niestety, tak było. Pocieszające jest jednak to, że na sali zostali wszyscy studenci. Gdy tylko za profesorami zatrzasnęły się drzwi, zaczęły się sypać pytania. Młodzież była tym, co powiedziałem, całkowicie zaskoczona. „Profesorze Lukas – mówili studenci – przez okres naszych studiów nikt nigdy nam tego wszystkiego nie powiedział. Cały czas wykładano nam polską historię tylko w jej żydowskiej interpretacji. Mówiono nam o cierpieniach Żydów i niegodziwości Polaków, ale nigdy nie powiedziano nam, że Polacy także byli prześladowani”. Niestety, amerykańskie szkolnictwo wyższe na tym polu poniosło spektakularną porażkę. Dochodzi do tego, że ocalali z Holokaustu są cenzurowani przez historyków.
P.Z.:Jak to?
R.L.: Poznałem kiedyś pewną Żydówkę z Polski, która przetrwała niemiecką okupację dzięki wsparciu Polaków. Zwykłych włościan, którzy ją karmili i ukrywali, choć groziła im za to kara śmierci. Gdy to mi opowiadała, płakała. Były to łzy wdzięczności. Powiedziała mi jednak, że bałaby się o tym wszystkim powiedzieć w Ameryce publicznie. Wielu innych ocalałych z Holokaustu mówiło mi to samo. Że ich przeżycia są niepoprawne politycznie. I jeszcze jedna ciekawa rzecz, którą powiedziała mi ta pani – mówiła o podziwie dla olbrzymiego heroizmu tych Polaków. Przyznała, że wątpi, czy gdyby role się odwróciły, ona znalazłaby w sobie odwagę, żeby zrobić to samo. Łatwo więc dzisiaj, w bezpiecznej Ameryce, w bezpiecznym uniwersyteckim gabinecie, rzucać gromy na polski naród i zadawać kretyńskie pytania: „Dlaczego nie zrobiliście więcej?”.
P.Z.: Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że 70 lat po wojnie jedne ofiary tamtego konfliktu skaczą do gardła drugim.
R.L.: To wielki, smutny paradoks. Podczas wojny Polacy i Żydzi jechali na jednym wózku. Oba narody zostały napadnięte, a następnie padły ofiarą straszliwych represji ze strony Niemców. Zginęły miliony Żydów i miliony Polaków. Dziś do Niemców nikt nie ma już pretensji, a Żydzi toczą walkę z Polakami, starając się udowodnić, że to im należy się palma pierwszeństwa w jakimś makabrycznym rankingu ofiar. Doprawdy, historia dziwnie się potoczyła.
=======================================================
Profesor Richard Lukas jest znanym amerykańskim historykiem polskiego pochodzenia. Zasłynął napisaną w 1986 roku książką „Zapomniany Holokaust”, która została właśnie wydana w Polsce przez wydawnictwo Rebis. Opisująca polskie cierpienia podczas II wojny światowej publikacja wywołała bardzo krytyczne reakcje ze strony środowisk żydowskich. Lukas napisał również „The Strange Allies, the United States and Poland, 1941-1945″, „Bitter Legacy: Polish-American Relations in the Wake of World War II”, „Out of the Inferno: Poles Remember the Holocaust”, „Did the Children Cry: Hitler’s War Against Jewish and Polish Children, 1939-1945″.
Materiał został nadesłany e-mailem przez J.K z Chicago.
Źródło: Gajowy Marucha
piątek, 8 marca 2013
Rola żydów w rewolucji bolszewickiej i we wczesnych latach sowieckiego reżimu
W nocy 16 – 17 lipca 1918 r. oddział bolszewickiej tajnej policji zamordował ostatniego imperatora cara Mikołaja II, jego żonę carycę Aleksandrę, jego syna carewicza Aleksego i jego cztery córki. Zostali zlikwidowani poprzez grad kul karabinowych w piwnicy, gdzie byli wcześniej więzieni, w Jekaterynburgu na Uralu. Córki zostały wykończone bagnetami (w gorsetach miały ukryte kamienie szlachetne dlatego nie zginęły od kul – uwaga tłumacza). Aby nie dopuścić do kultu zamordowanego cara, ciała zostały wywieziona na wieś i szybko zakopane w nieznanym grobie.
Początkowo władze bolszewickie głosiły, że car Romanow został zastrzelony po odkryciu spisku, którego celem było uwolnienie go. Przez pewien czas śmierć carycy i dzieci pozostawała w tajemnicy. Sowieccy historycy twierdzili przez wiele lat, że lokalni bolszewicy działali na własną rękę, a założyciel sowieckiego państwa Lenin nie miał ze zbrodnią nic wspólnego.
W 1990 r. moskiewski dramaturg i historyk Edward Radziński ogłosił wyniki swojego szczegółowego śledztwa w sprawie morderstw. Wygrzebał wspomnienia ochroniarza Lenina, Aleksego Akimowa, który opowiada jak osobiście dostarczył rozkaz Lenina do biura z telegrafem. Telegram był także podpisany przez szefa rządu Jakowa Swierdłowa. Akimow zachował oryginalną taśmę telegrafu jako dowód sekretnego rozkazu.
Badania Radzińskiego ukazały, że wcześniejsze świadectwa potwierdziły się. Leon Trocki – jeden z najbliższych współpracowników Lenina – oświadczył już lata temu, że Lenin i Swierdłow razem podjęli decyzję o zamordowaniu cara i jego rodziny. Trocki wyjawił rozmowę z 1918 r.:
„Moja następna wizyta w Moskwie miała miejsce po [tymczasowym] upadku Jekaterynburga [dostał się pod władanie antykomunistów]. Rozmawiając ze Swierdłowem zapytałem mimochodem: ‘A tak, a gdzie jest car?’
‘Wykończony’ odpowiedział. ‘Został zastrzelony.’
‘A gdzie jego rodzina?’
‘Rodzina razem z nim.’
‘Cała?’ zapytałem zaskoczony.
‘Wszyscy’ odpowiedział Swierdłow. ‘Co z tego?’ Czekał obserwując moją reakcję. Nie odpowiedziałem.
‘Kto podjął decyzję?’ zapytałem.
‘My podjęliśmy decyzję tutaj. Ilicz [Lenin] uważał, że nie powinniśmy porzucać żywego sztandaru Białych, szczególnie w tych trudnych okolicznościach.’
Nie zadawałem dalszych pytań. Uznałem sprawę za zakończoną.”
Wcześniejsze badania Radzińskiego i innych także potwierdzają relację Roberta Wiltona, od 17 lat korespondenta londyńskiego Timesa w Rosji. Jego relacja The Last Days of the Romanovs (Ostatnie dni Romanowów) – oryginalnie wydana w 1920 r., ponownie wydana w 1993r. przez Institute for Historical Review – jest oparta w dużej części na wnioskach ze szczegółowego śledztwa przeprowadzonego w 1919 r. przez Mikołaja Sokołowa będącego pod komendą dowódcy Białych Aleksandra Kołczaka. Książka Wiltona przedstawia jeden z najbardziej dokładnych i kompletnych raportów o zamordowaniu cara i jego rodziny.
Solidne zrozumienie historii od dawna jest najlepszym sposobem do zrozumienia teraźniejszości i przywidywania przyszłości. Przeto ludzie najbardziej interesują się historią w czasach kryzysu, gdy przyszłość jest niepewna. Wraz z upadkiem komunizmu, Związku Sowieckiego w 1989 – 1991 r., gdy Rosjanie borykali się w budowaniem nowego porządku na starych gruzach, historyczne kwestie stanęły w centrum uwagi. Na przykład wielu pytało: „Jak było możliwe, że bolszewicy, mały ruch prowadzony wskazówkami niemiecko – żydowskiego filozofa Karola Marksa, przejęli władzę w Rosji i narzucili ludziom despotyczny reżim?”
W ostatnich latach żydzi na całym świecie podnoszą lament w związku z antysemityzmem na ziemiach byłego Związku Sowieckiego. W tych nowych i niepewnych czasach wiemy, że tłumione uczucia nienawiści i gniewu przeciw żydom znowu są wyrażane. Nawiązując do sondaży opinii publicznej przeprowadzonego w 1991 r. – większość Rosjan chciała by żydzi opuścili Rosję. Ale właściwie dlaczego antyżydowski sentyment jest tak szeroko rozpowszechniony u ludzi zamieszkujących dawne ziemie Związku Sowieckiego? Dlaczego tak wielu Rosjan, Ukraińców, Litwinów i innych obwinia żydów o tak wiele nieszczęść?
Temat tabu
Mimo że populacja żydów oficjalnie nigdy nie przekroczyła pięciu procent w skali kraju to odgrywali oni wysoce nieproporcjonalną i prawdopodobnie decydującą rolę w młodym bolszewickim reżimie, efektywnie dominując w sowieckim rządzie we wczesnych latach. Sowieccy historycy, wraz z większością swoich kolegów z zachodu, przez dekady woleli ignorować ten temat. Wszelako fakty nie mogą być ignorowane.
Z wyjątkiem Lenina (Włodzimierza Uljanowicza), większość najważniejszych komunistów, którzy przejęli władzę w Rosji w latach 1917 – 1920 była żydami. Leon Trocki (Lew Bronstein) dowodził Armią Czerwoną i przez pewien czas szefował stosunkom zagranicznym. Jakow Swierdłow (Solomon) był zarówno sekretarzem wykonawczym partii bolszewickiej i – jako szef Centralnego Komitetu Wykonawczego – przewodniczącym sowieckiego rządu. Grzegorz Zinowiew (Radomylski) dowodził Komunistyczną Międzynarodówką (Kominternem), centralną agencją mającą na celu rozprzestrzenianie komunizmu w innych krajach. Pozostali ważni żydzi – komisarz do spraw prasy Karol Radek (Sobelson), komisarz spraw zagranicznych Maksim Litwinow (Wallach), Leon Kamieniew (Rosenfeld), Mojżesz Urycki.
Lenin był w większej części Rosjaninem i Kałmukiem, ale w jednej czwartej żydem. Jego dziadek od strony matki Izrael (Aleksander) Blank był ukraińskim żydem, który został ochrzczony w cerkwi.
Stając się internacjonalistą Lenin miał w pogardzie etykę i kulturę narodową. Miał mały wzgląd na swoje wiejskie pochodzenie. Pewnego razu zauważył: „Inteligentny Rosjanin jest prawie zawsze żydem lub kimś z żydowskim pochodzeniem.”
Krytyczne spotkania
W komunistycznym przejęciu władzy w Rosji rola żydów była prawdopodobnie przełomowa.
Dwa tygodnie przed wybuchem rewolucji październikowej w 1917 r., Lenin zwołał ściśle tajne spotkanie w Sankt Petersburgu (Piotrogrodzie) na którym kluczowi liderzy bolszewiccy podjęli rozstrzygającą decyzję o zbrojnym przejęciu władzy. Z dwunastu osób biorących udział w tym decydującym spotkaniu trzy były Rosjanami, jedna Gruzinem (Stalin), jedna Polakiem (Dzierżyński) ((nieprawda, to żyd jak cała reszta; nazwisko Rufin, jego rodzina wykupiła majątek po wygnanych na Syberię Dzierżyńskich – uw. tłum.)) a sześć żydami.
Do kierowania przewrotem wybrano siedmioosobowe „Biuro Polityczne”. Składało się z dwóch Rosjan (Lenin i Bubnow), Gruzina (Stalin) i czterech żydów (Trocki, Sokolnikow, Zinowiew, Kamieniew). Tymczasem petersburski sowiet – którego przewodniczącym był Trocki – powołał osiemnastoosobowy „Rewolucyjny Komitet Wojenny” w celu bezpośredniego przejęcia władzy. W jego skład wchodziło ośmiu (lub dziewięciu) Rosjan, Ukrainiec, Polak, jeden pochodził z Kaukazu, sześciu żydów. Ostatecznie, aby nadzorować przewrót bolszewicki Komitet Centralny powołał pięcioosobowe „Centrum Rewolucyjno Wojskowe” jako komendę operacyjną Partii. Składało się z Rosjanina (Bubnow), Gruzina (Stalin), Polaka (Dzierżyńskiego) (nie był on Polakiem – uw. tłum.), i dwóch żydów (Swierdłow, Urycki).
Ówczesne ostrzegawcze głosy
Dobrze poinformowani obserwatorzy, zarówno z Rosji jak i spoza niej, zauważali decydującą rolę żydów w bolszewizmie. W 8 II 1920 r. w Illustrated Sunday Herald Winston Churchill ostrzegał, że „bolszewizm jest globalnym spiskiem mającym na celu obalenie cywilizacji, przebudowę społeczeństwa od podstaw, zatrzymanie rozwoju, zawistną wrogość, niemożliwy egalitaryzm”. Ten ważny brytyjski polityk i historyk napisał:
„Nie ma potrzeby wyolbrzymiać wpływu jaki wywarli w wykreowaniu bolszewizmu i teraźniejszym prowadzeniu Rewolucji Rosyjskiej, międzynarodowi i w większej części ateistyczni żydzi. Z pewnością jest bardzo duży; najpewniej przewyższa wszystkie inne. Z istotnym wyjątkiem Lenina, większość przywódców jest żydami. Ponadto zasadnicza inspiracja i kierownicze siły pochodzą od żydowskich liderów. A zatem Cziczerin, czysty Rosjanin, stoi w cieniu swoich podwładnych – Litwinowa, wpływ Rosjan jak Bucharin czy Lunczarski nie może być porównany z siłą Trockiego czy Zinowiewa – dyktatora Czerwonej Cytadeli (Piotrogród), czy Krasina lub Radka – wszyscy żydzi. W sowieckich instytucjach dominacja żydów jest zadziwiająca. Wpływowa, jeśli nie zasadnicza, część systemy terroru stosowana przez Nadzwyczajną Komisję do Walki z Kontrrewolucją (Czeka) została przejęta przez żydów, a w kilku nadzwyczajnych przypadkach, przez żydówki.
Nie trzeba zaznaczać, że intensywna pasja zemsty została wywołana w piersiach Rosjan”.
David R. Francis, ambasador USA w Rosji, ostrzegał w depeszy wysłanej w styczniu 1918 r. do Waszyngtonu: „Tutejsi bolszewiccy liderzy, z których większość jest żydami i z których 90 procent powróciło z wygnania, mało dbają o Rosję i jakikolwiek inny kraj. Są internacjonalistami i próbują wywołać światową rewolucję socjalną”.
Holenderski ambasador w Rosji, Oudendyke, kilka miesięcy później zrobił podobną uwagę: „Jeśli bolszewizm nie zostanie natychmiast zduszony w zarodku to w podskokach rozprzestrzeni się z jednego (kraju) na drugi w Europie i na całym świecie – jako że jest zorganizowany przez żydów, tych którzy nie mają narodowości i których jedynym celem jest zniszczenie istniejącego porządku rzeczy.”
„Rewolucja Bolszewicka” w 1920 r. deklarowała wiodąca gazeta żydowskiej społeczności w Ameryce „była w wielkiej części produktem żydowskiego myślenia, żydowskiego malkontenctwa, żydowskiego wysiłku przebudowy”.
Pod wpływem tych radykalnie antynarodowych głosów, sowiecki rząd robiąc unik wydał, kilka miesięcy później po przejęciu władzy, dekret na podstawie którego „antysemityzm” uznawano za przestępstwo. Tak więc nowy sowiecki reżim został pierwszym na świecie, który srogo karał wszystkie antyżydowskie sentymenty. Najwyraźniej sowieccy oficjele uznali takie rozwiązanie za konieczne. Naukowiec Frank Golder, żyd amerykańskiego pochodzenia, na podstawie dokładnych obserwacji podczas długiego pobytu w Rosji, donosił w 1925 r.: „ponieważ tak wielu sowieckich liderów jest żydami antysemityzm zyskuje [w Rosji], szczególnie w armii [i] wśród starej i nowej inteligencji która została przytłumiona przez synów Izraela”.
Poglądy historyków
Podsumowując sytuację, izraelski historyk Louis Rapoport pisze:
„Natychmiast po Rewolucji (Bolszewickiej) wielu żydów ogarnęła euforia z powodu ich wysokiej reprezentacji w nowym rządzie. Pierwsze Politbiuro Lenina było zdominowane przez ludzi żydowskiego pochodzenia.
Za Lenina, żydzi zostali zaangażowani we wszelkie aspekty Rewolucji, włączając jej najciemniejsze sprawki. Antysemityzm gwałtownie się rozprzestrzeniał mimo że komuniści przysięgli go wyeliminować – częściowo z powodu rozgłosu iż wielu żydów w administracji sowieckiej wzięło udział w traumatycznej, nieludzkiej sowietyzacji. Historyk Salo Baron zanotował ogromną dysproporcję żydów dołączających do nowej bolszewickiej tajnej policji – Czeka – notował, że wielu którzy nieszczęśliwie wpadli w ręce Czeki było rozstrzeliwanych przez żydowskich śledczych.
Głową kolektywnego przywództwa wyłonionego w dniach śmierci Lenina był żyd Zinowiew - rozgadany, pełen animuszu, kędzierzawy Adonis, którego znana próżność nie miała granic.”
„Każdy kto miał nieszczęście wpaść w ręce Czeki” pisał Leonard Schapiro żydowski historyk „stawał przed wielką szansą skonfrontowania się i prawdopodobnie rozstrzelania przez żydowskiego śledczego”. Na Ukrainie „żydzi stanowili 80 procent wysokich rangą agentów Czeki” relacjonuje W. Bruce Lincoln amerykański profesor zajmujący się historią Rosji. Sowiecka tajna policja była później znana jako GPU, OGPU, NKWD, MWD, KGB.
W świetle tych relacji nie powinno być zaskoczeniem, że Jakow M. Jurkowski, dowódca bolszewickiego oddziału który zamordował cara i jego rodzinę, był żydem; tak jak Swierdłow – sowiecki przywódca który kontrasygnował rozkaz wykonawczy Lenina.
Igor Szafarewicz, rosyjski matematyk światowego formatu, ostro krytykował rolę żydów w pogrążeniu monarchii Romanowów i założeniu komunistycznej władzy w swoim kraju. Szafarewicz był wiodącym dysydentem w ostatnich dekadach sowieckiego panowania. Ten prominentny aktywista praw człowieka był członkiem założycielskim Komitetu Obrony Praw Człowieka w ZSRR.
W Rusofobii książce napisanej dziesięć lat przed załamaniem się komunistycznych rządów zanotował, że żydzi byli „zadziwiająco” liczni wśród personelu bolszewickiej tajnej policji. Charakteryzując żydowskich, bolszewickich katów, Szafarewicz posłużył się najgłośniejszym przykładem – egzekucją Mikołaja II:
„Ta rytualna akcja symbolizuje koniec wiekowej historii Rosji, więc może być porównana tylko do egzekucji Karola I w Anglii lub Ludwika XVI we Francji. Może to znaczyć, że reprezentacja małych mniejszości etnicznych powinna trzymać się daleko jak tylko może od tej bolesnej akcji, która może zyskać oddźwięk w całej historii. Jakie jeszcze nazwiska spotykamy? Egzekucja była osobiście nadzorowana przez Jakowa Jurkowskiego który zastrzelił cara, prezesem lokalnego sowietu był Biełobrodow (Wisbart), osobą odpowiedzialną za ogól administracji w Jekaterynburgu był Szaja Goloszczekin. By dopełnić obrazu – na ścianie pomieszczenia w którym odbyła się egzekucja był dystych z Heinego (napisany po niemiecku) o królu Baltazarze, który obraził Jehowe i w odwecie został zabity”.
Robert Wilton, brytyjski weteran dziennikarstwa, w swojej książce z 1920 r. przedstawił podobnie ostre oszacowanie:
„Wszelkie dane dotyczące bolszewizmu w Rosji niezbicie wskazują na cechy obcej inwazji. Morderstwo cara, celowo zaplanowane przez żyda Swierdłowa (który przybył do Rosji jako płatny agent niemiecki), przeprowadzone przez żydów Gołoszczekina, Syromolotowa, Safarowa, Woikowa i Jurkowskiego, jest aktem nie Rosjan ale wrogich najeźdźców”.
W walce o władzę, która rozpoczęła się po śmierci Lenina w 1924r., Stalin okazał się zwycięzcą. Ostatecznie wyeliminował prawie każdego prominentnego bolszewickiego lidera – włączając Trockiego, Zinowiewa, Radka i Kamieniewa. Wraz z upływem czasu, szczególnie po 1928 r., rola żydów w zarządzaniu sowieckim państwem i partią komunistyczną znacząco zmniejszała się.
Na śmierć bez procesu
Kilka miesięcy po przejęciu władzy, bolszewiccy liderzy rozważali postawienie „Mikołaja Romanowa” przed „Rewolucyjnym Trybunałem”, co miałoby upublicznić jego „zbrodnie przeciwko ludzkości”, przed skazaniem go na śmierć. Istniał już historyczny precedens. Dwaj europejscy monarchowie stracili życie w konsekwencji rewolucyjnych przewrotów: angielski Karol I został zgilotynowany w 1649 r., i francuski Ludwik XVI w 1793 r.
W tamtych wypadkach król został skazany na śmierć po długim publicznym procesie na którym mógł przedstawiać argumenty na swoją obronę. Jednak Mikołaj II nie był ani oskarżony ani sądzony. Został sekretnie skazany na śmierć – wraz z rodziną i służbą – ciemną nocą, w akcie bardziej podobnym gangsterskiej masakrze niż formalnej egzekucji.
Dlaczego Lenin i Swierdłow porzucili plan pokazowego procesu byłego cara? Według poglądu Wiltona Mikołaj wraz z rodziną został zamordowany ponieważ bolszewiccy przywódcy wiedzieli, że brakuje im wsparcia społecznego i obawiali się iż Rosjanie nigdy nie zaakceptują zabicia cara bez względu na preteksty i prawne formułki.
W tym wypadku Trocki bronił masakry jako użytecznej, a nawet koniecznej. Napisał:
„Decyzja (zabicia carskiej rodziny) była nie tylko celowa ale i konieczna. Srogość tej kary uzmysłowiła każdemu, że będziemy bezpardonowo kontynuować walkę, za nic się nie poddamy. Egzekucja carskiej rodziny była konieczna nie tylko by przestraszyć, przerazić i wpoić przekonanie bezradności u wroga, ale także aby wstrząsnąć naszymi własnymi szeregami, by pokazać że nie ma odwrotu, że przed nami jest albo całkowite zwycięstwo albo całkowita zatrata. Lenin dobrze to czuł.
Historyczny kontekst
W latach prowadzących do rewolucji 1917 r. żydzi mieli nadreprezentację we wszystkich lewicowych, wywrotowych partiach w Rosji. Żydowska nienawiść carskiego reżimu miała podstawy w jego uwarunkowaniach. Z wiodących potęg europejskich Rosja była najbardziej konserwatywna i antyżydowska. Na przykład żydzi normalnie nie mogli mieszkać poza wielkim obszarem na zachodzie imperium zwanym „Granicą Osiedlenia”.
Jednakże nie może być niezrozumiała, może o charakterze obronnym, żydowska wrogość do imperialnego reżimu – wybitna rola żydów w reżimie sowieckim nie może być w żaden sposób usprawiedliwiona. W niedawno wydanej książce o żydach w Rosji w XX wieku, żydowski pisarz rosyjskiego pochodzenia Sonja Margolina idzie tak daleko, że wspieranie bolszewickiego reżimu przez żydów nazywa „historycznym grzechem żydów”. Punktuje, na przykład, istotną rolę żydów jako komendantów sowieckiego Gułagu obozów koncentracyjnych i pracy oraz rolę żydów w systematycznym niszczeniu kościołów w Rosji. Ponadto dodaje: „Żydzi na całym świecie wspierali władzę sowietów; milczeli w obliczu jakiejkolwiek krytyki opozycyjnej.” W świetlne tych informacji Margolina przedstawia mroczną prognozę:
„Przesadnie entuzjastyczne partycypowanie żydowskich bolszewików w podboju i destrukcji Rosji jest grzechem, który pomści się przez to że władza sowiecka będzie przyrównywana z władzą żydów, i wielka nienawiść do bolszewików zmieni się w nienawiść do żydów”.
Jeśli przeszłość może być jakąś wskazówką to niemożliwe jest by Rosjanie szukali zemsty którą Morgolina przepowiadała. W każdym razie obarczania „żydów” za horror komunizmu nie wydaje się być bardziej sprawiedliwe niż oskarżanie „białych” o niewolnictwo przez „czarnych”, „Niemców” o II wojnę światową czy „holocaust”.
Słowa mrocznej przepowiedni
Mikołaj i jego rodzina byli tylko najbardziej znanymi z nieprzebranych ofiar reżimu, który otwarcie deklarował swoje nieludzkie cele. Kilka tygodni po masakrze w Jekaterynburgu, gazeta uciekającej Armii Czerwonej:
„Bez litości, bez ociągania się będziemy zabijać naszych wrogów setkami, tysiącami, niech utopią się we własnej krwi. Za krew Lenina i Uryckiego powodzią popłynie krew burżuazji – więcej krwi, tak dużo jak to tylko możliwe”.
Grigorij Zinowiew przemawiając na spotkaniu komunistów we wrześniu 1918 r. faktycznie przedstawił wyrok śmierci na dziesięć milionów istnień ludzkich: „Ze 100 milionów mieszkańców Rosji sowieckiej musimy zrobić 90. Reszcie nie mamy nic do powiedzenia. Muszą zostać unicestwieni.”
„Dwadzieścia milionów”
Wychodzi na to, że udowodnione straty w ludziach spowodowane przez sowietów są dużo wyższe niż w retorycznej sugestii Zinowiewa. Rzadko kiedy, jeśli w ogóle, jakikolwiek reżim zniszczył tyle istnień ludzkich we własnym kraju.
Cytując nowo dostępne dokumenty sowieckiego KGB historyk Dimitri Wołkogonow przewodniczący rosyjskiej specjalnej komisji parlamentarnej niedawno skonkludował: „od 1929 r. do 1952 r. 21,5 miliona (sowieckich) ludzi było represjonowanych. Z tego jedna trzecia została zastrzelona, reszta skazana na więzienie, gdzie wielu także zmarło.”
Olga Szatunowska, członkini Sowieckiej Komisji Kontroli Partii, i przewodnicząca specjalnej komisji działającej w latach 60. XX wieku, wyznaczona przez premiera Chruszczowa, podobnie skonkludowała: „Od 1 I 1935 r. do 22 VI 1941 r. 19.840.000 wrogów ludu zostało aresztowanych. Z tego siedem milionów zostało zastrzelonych w więzieniach, a większość pozostałych zmarła w obozach.” Te osoby zostały także znalezione w dokumentach członka Politbiura Anastasa Mikojana.
Robert Conquest wybitny specjalista historii sowietyzmu ostatnio podsumował ponure rejestry sowieckich „represji” własnych obywateli:
„Trudno uniknąć konkluzji, że po 1934 r. straty śmiertelne solidnie przekraczały dziesięć milionów. Do tego należy dodać ofiary głodu lat 1930 – 1933, deportacje kułaków i inne anty chłopskie kampanie których straty dochodzą do kolejnych dziesięciu milionów. W sumie więc jest to „dwadzieścia milionów”do których odnoszą się Rosjanie.
Kilku innych naukowców podaje znacznie wyższe oszacowania.
Carska era w retrospekcji
Wraz z dramatycznym załamaniem się sowieckich rządów, wielu Rosjan zaczęło spoglądać na przedkomunistyczną historię swojego kraju z większym respektem włączając w nią okres ostatniego cara Romanowa. Podczas gdy sowieci – wraz z zachodem – stereotypowo przedstawiali ten okres jako czas bezwzględnego despotyzmu, okrucieństwa i masowej biedy – rzeczywistość jest raczej inna. Prawdą jest, że władza cara była absolutna, jedynie mniejszość miała jakieś znaczenie polityczne, i większość poddanych cara była chłopami; warto zwrócić uwagę na to że Rosjanie podczas panowania Mikołaja II mieli wolność prasy, religii, zgromadzeń, stowarzyszeń, ochrony własności prywatnej i wolne związki zawodowe. Zaprzysięgli wrogowie władzy, jak na przykład Lenin, byli traktowani z wielką wyrozumiałością.
W dekadach poprzedzających pierwszą wojnę światową rosyjska ekonomia była w rozkwicie. Faktycznie między 1890 a 1913 r. była najszybciej rozwijającą się na świecie. Co rocznie oddawano do użytku dwa raz więcej linii kolejowych niż w późniejszych czasach sowieckich. Między 1900 a 1913 r. produkcja żelaza wzrosła o 58 procent a produkcja węgla ponad dwukrotnie. Zbożem importowanym z Rosji karmiła się cała Europa. W końcu ostatnie dekady panowania carów to rozkwit życia kulturalnego.
Wszystko zmieniło się wraz z wybuchem wojny katastrofalnej nie tylko dla Rosji ale i dla całego zachodu.
Monarchistyczny sentyment
Na złość bezwzględnie prowadzonej kampanii przez sowieckie czynniki oficjalne w ciągu całego okres ich rządów, aby wymazać każde pozytywne wspomnienie o historii Romanowów i imperium rosyjskiego, w ostatnich latach Rosję ogarnia kult popularności i uwielbienia Mikołaja II.
Ludzie chętnie płacą ekwiwalent kilkugodzinnej pracy, aby kupić u ulicznych sprzedawców w Moskwie, Sankt Petersburgu i innych miastach Rosji portret Mikołaja. Jego portret wisi w niezliczonych domach i apartamentach w całej Rosji. W późnych latach 1990 wszystkie 200.000 kopii 30 stronicowej broszury o Romanowach (pierwszy raz wydanej) sprzedano „na pniu”. Pewien uliczny sprzedawca powiedział: „Osobiście sprzedałem cztery tysiące egzemplarzy w mgnieniu oka. To jak eksplozja nuklearna. Ludzie naprawdę chcą znać cara i jego rodzinę.” Pro monarchistyczne i pro carskie organizacje rozkwitają w wielu miastach.
Sondaż opinii publicznej przeprowadzony w 1990 r. wykazał, że trzech na czterech mieszkańców sowieckich uważa zamordowanie cara i jego rodziny za nikczemne przestępstwo. Wielu prawosławnych Rosjan uważa Mikołaja za męczennika. Niezależna „Cerkiew Zagraniczna” kanonizowała carską rodzinę w 1981 r., a Cerkiew moskiewska znajdowała się pod presją by zrobić ten sam krok – na przekór jej długo utrzymywanego stanowiska w tej kwestii jako temat tabu. Prawosławny arcybiskup Jekaterynburga anonsował w 1990 r. plany wybudowania wielkiej cerkwi w miejscu masakry. „Naród kochał Cara Mikołaja” mówił. „Jego pamięć tkwi w narodzie nie jako świętego, ale jako kogoś skazanego bez wyroku sądowego, niesprawiedliwie, jako cierpiącego za swoją wiarę i prawowierność.”
W 75 rocznicę masakry (VII 1993 r.) Rosjanie wspomnieli życie, śmierć i spuściznę swojego ostatniego cara. W Jekaterynburgu, gdzie wielki biały krzyż z girlandy kwiatów oznacza teraz miejsce zamordowania rodziny, gromadzą się żałobnicy śpiewając hymny i modląc się za ofiary.
Odzwierciedlając zarówno popularny sentyment i nową sytuację polityczną, w 1991 r. oficjalnie wprowadzono carską trójkolorową flagę – biało niebiesko czerwoną – zastępując czerwony sowiecki sztandar. W 1993 r. imperialny dwugłowy orzeł został przywrócony jako oficjalne narodowe godło w miejsce sowieckiego sierpa i młota. Miasta, które przemianowano w hołdzie komunistycznym działaczom – jak Leningrad, Kujbyszew, Kalinin, Gorky – odzyskały swoje nazwy z epoki carskiej. Jekaterynburgowi, który został przemianowany na Swierdłowsk w 1924 r., we wrześniu 1991 r. zwrócono dawną nazwę, którą otrzymał jako hołd dla carycy Katarzyny I.
Symboliczne znaczenie
Ze względu na miliony ludzi, którzy zostali zamordowani przez sowietów podczas ich rządów, morderstwo rodziny Romanowów nie wydaje się być czymś nadzwyczajnym. A jednak zdarzenie ma symboliczne znaczenie. W trafnych słowach Richarda Pipesa profesora z Uniwersytetu Harwarda:
„Sposób w jaki masakra została przygotowana i przeprowadzona, sposób w jaki zaprzeczano jej istnieniu a następnie w jaki ją usprawiedliwiano, ma coś niezwykle wstrętnego w sobie, coś radykalnie odróżniającego ją od poprzednich aktów królobójstwa; jest jakby preludium do masowych zbrodni XX w.”
Kolejny historyk Iwor Benson scharakteryzował zamordowanie rodziny Romanowów jako symboliczny i tragiczny los Rosji, a w rzeczy samej i całego zachodu, w tym bezprecedensowym wieku śmierci i konfliktów.
Morderstwo cara i jego rodziny jest jeszcze z tego powodu godne ubolewania ponieważ mimo jego wad jako monarchy, Mikołaj II był łagodnym, hojnym, ludzkim i honorowym człowiekiem.
Miejsce masakry w historii
Masowe zbrodnie i chaos pierwszej wojny światowej, polityczne przewroty które przetoczyły się przez Europę w latach 1917 – 1918 przyniosły nie tylko koniec starej dynastii Romanowów w Rosji, ale i koniec całego starego porządku społecznego na kontynencie. Zmieciony tak jak dynastia Hohenzollernów w Niemczech ze stabilną monarchią konstytucyjną; zmieciona antyczna dynastia Habsburgów austro – węgierskich z multinarodowego imperium europejskiego. Europejskie potęgi dzieliły nie tylko tą samą wiarę chrześcijańską i kulturę zachodnią, ale większość rządzących monarchów była ze sobą spokrewniona. Angielski król Jerzy był poprzez swoją matkę bratem ciotecznym cara Mikołaja, a poprzez swojego ojca bratem stryjecznym carycy Aleksandry. Niemiecki kajzer Wilhelm był bratem ciotecznym Aleksandry i dalszym kuzynem Mikołaja.
Car Rosji, bardziej niż jakikolwiek inny monarcha europejski, osobiście symbolizował swoją ziemię i naród. Tak więc morderstwo ostatniego cara z dynastii która rządziła Rosją przez trzy wieki nie tylko symbolicznie zapowiadało komunistyczne masowe zbrodnie które dotkną tak wielu Rosjan w następnych dekadach, ale było również symbolem komunistycznych starań zabicia duszy i ducha narodu rosyjskiego.
——————————————————-
Od tłumacza:
Co do samego morderstwa carskiej rodziny Henryk Pająk
w „Bestiach końca czasów” podaje ciekawe
fakty. Otóż na ścianie przy której zamordowano cara Mikołaja i jego
rodzinę widniały trzy litery „L” (łacińska „l”, grecka „lambda” i
hebrajska „lamed”). Istniało zdjęcie na którym je przedstawiono, ale
oczywiście zdjęcie zaginęło. Litery mają odnosić się do Lucyfera.
Istnieją więc bardzo poważne poszlaki, by traktować morderstwo jako mord
rytualny. Należy zwrócić uwagę, że nawet dziś tylko specjaliści wiedzą
jak napisać te trzy litery – tak więc mordercom asystowała co najmniej
jedna bardzo wykształcona osoba…
Autor: Mark Weber, tłumaczenie: Ussus
http://www.ihr.org/jhr/v14/v14n1p-4_Weber.html
czwartek, 7 marca 2013
Józef Mackiewicz - Zbrodnia w dolinie rzeki Drawy
Od tego czasu wygłoszono na świecie dodatkowo tysiące pięknych oświadczeń, napisano setki tysięcy wzniosłych słów, wykonano miliony uroczystych gestów w imię kultury i ludzkości. Ale gdy pierwszego czerwca 1945 wzeszło słońce na doliną rzeki Drawy, płynącej wąskim korytem południowych Alp, oświetliło ono następujący obraz: wielotysięczna ciżba na kolanach zasłaniająca się krzyżem; po łąkach i polach rozbiegane tabuny koni i wielbłądów; kobiety z dziećmi drapiące się na skaliste zbocza, uchodzące w śmiertelnym przerażeniu przez kulami i pałkami chrześcijańskich żołnierzy, zapędzających wszystko w ręce kata... – Co to było?
A no, gdybym chciał być złośliwy, powiedziałbym ironicznie: wydawania "Azjatów" w ręce europejskiego marksizmu.
Z ocalałych, przebywających obecnie w Ameryce b. generał Wiaczesław Naumenko, od dziesięciu lat zbiera dane, listy, zeznania świadków, rozproszone publikacje itd. Zgromadził, słowem, to co się nazywa materiałem historycznym. Posegregował, skonfrontował krytycznie, sprawdził autentyczności relacji i odrzucił co wkraczało w dziedzinę legendy.
Cała sprawa nie interesuje mnie ze względów politycznych. Zacząłem ją badać raczej przez ciekawość rzeczy najgłębiej ludzkich, objętych niewłaściwym mianem "nieludzkich". Swojego czasu pisałem o Ponarach pod Wilnem, gdzie mordowano Żydów. Pisałem o Katyniu, gdzie mordowano oficerów polskich. Może zaważyła tu co nieco i ta okoliczność, że i w Ponarach, i w Katyniu byłem osobiście. Otóż byłem też w dolinie rzeki Drawy. Wprawdzie na kilka miesięcy przed opisywanymi wypadkami, ale znam teren, a teren wielkiej chwały czy wielkiej zbrodni ma w sobie zawsze coś przyciągającego. Teren! W danym wypadku spiętrzone fale rzeki, po których płynęły później trupy; łąki, po których biegały później bezpańskie konie; idealnie obojętne szczyty gór, jak zawsze pochłonięte wyłącznie mijaniem się z obłokami; cała przestrzeń dramatu od Villach poprzez Spittal, Steinfeld, Oberdrauburg i Lienz, z ich spiczastymi wieżami kościołków katolickich, które dzwoniły o zmiłowanie nad ludem prawosławnym, zanim im władze brytyjskie tego dzwonienia nie zakazały.
I jeszcze jedno: widziałem tych ludzi latem 1944, gdy przeprawiali się Pilicę. Spotkałem ich w Częstochowie: barankowe czapki w czerwonym denkiem; czarne od wiatru i kurzu, milczące, ponure twarze; chude krowy uczepione do wozów. Żadnej eskorty. To nieprawa, żeby ich kto gnał. Sami ciągnęli na zachód. Nieskończone tabory. Na tle europejskich kamienic robili istotnie wrażenie egzotyczne: "Azja" uciekająca przed bolszewikami.
Odwrót na Alpy
26 kwietnia 1945 skapitulowały wojska
niemieckie we Włoszech. 27 ujęto Mussoliniego. W tym czasie na terenie
republiki faszystowskiej północnych Włoch znajdowała się grupa atamana
Domanowa, czy jak sama siebie nazwała: "kozacki Stan", rozłożona w
rejonie miasta Tolmezzo, łącznie pod bronią przeszło siedem tysięcy
ludzi. Zgrupowanych koło wojska ludzi cywilnych, więc żon, dzieci,
starców i inwalidów, było 8435. Cyfry te pochodzą z końca roku 1944 i
nie są zupełnie dokładne. Poza tym w ciągu zimy spływały do Włoch dalsze
fale uchodźców. Przybyły też później pułki kozackie ósmy i dziesiąty,
których liczebność nie jest bliżej znana. Prócz tego, w pobliżu Gemony
stacjonował trzeci pułki zapasowy (około 2500 ludzi), ale ten, w
odróżnieniu od sił głównych Domanowa, skapitulował wobec partyzantów
włoskich, wywieziony został na południe i wydany bolszewikom w innych
okolicznościach.
Odmienną też grupę stanowił XV korpus kozacki w składzie trzech dywizji, operujący na Bałkanach przeciwko wojskom Tity. W tym okresie cofał się już na Graz i tam został wydany.
Przy grupie atamana Domanowa znajdował się znany szeroko z wojny domowej gen. Krasnow, głośny pisarz emigracyjny, wódz ruchu kozackiego, wówczas starzec siedemdziesięciosześcioletni, faktycznie nie sprawujący bezpośredniej władzy. W nocy z 27 na 28 kwietnia do kwatery Dornanowa zgłosiło się trzech oficerów z czerwonej partyzantki włoskiej, żądając złożenia broni. Domanow oświadczył, że kapitulować będzie jedynie wobec Anglików, złożenia broni odmówił, natomiast obiecał Włochom, że w ciągu trzech dni wycofa się na północ za Alpy. W ten sposób rozpoczął się pierwszy akt dramatu.
Ruszono jedyną wolną jeszcze drogą w góry, na Paluzzo. Stąd na przełęcz Plöcken-Pass na wysokości 1300 m, granicę Austrii. Na dole, gdy odchodzili, kwitły już migdały, zaczynało się włoskie lato. Teraz zamiast pinii zjawiły się po obu stronach drogi sosny, zamajaczyły białą korą brzozy, zaczęły się świerki. Zaczął się deszcz, który niebawem przeszedł w wilgotny, lepki śnieg. Zaczęły się też pierwsze oznaki rozprzężenia. Przodem maszerował sztab, warsztaty i główne tabory, za czym stanice dońskie, kubańskie, w końcu terskie. Domanow pozostał jeszcze w Tolmezzo, oczekując oddziałów ściągających z rejonu Udine.
Droga na Plöcken-Pass wije się serpentyną. Cały dzień i noc na 3 maja padał śnieg. Samochód, którym jechał gen. Krasnow wraz z żoną i adiutantem, utknął. Przyczepiono go do sztabowego autobusu i ciągnięto na linie. O 22.30 Krasnow minął przełęcz i stanął we wsi Mauthen-Kötschach.
Piątego maja podciągnął Domanow z ariergardą. Szóstego wysłał przodem delegację z białą flagą do Anglików. Delegacja wróciła z wiadomością, że brytyjski generał brygady oświadczył co następuje: nic konkretnego o dalszym losie Kozaków powiedzieć nie może; może jedynie zapewnić, iż w żadnym wypadku nie będą wydani Sowietom.
Czekolada dla dzieci i "słowo honoru" dla starszych
Po drugiej stronie, w dolinie, była
wiosna. Po kamieniach pieniąc się pędziła rzeka Drawa. Konie, schodząc
po szarym asfalcie austriackiej drogi, szeroko rozdymały chrapy,
Wdychając soczystą zieleń nadbrzeżnych kwiatów na tych łąkach. Smoliście
pachniały na słońcu sosny i świerki. Wodospad górski wodnym kurzem
rozbijał się po skałach. Zakątek przez wojnę zapomniany; dolina cichych
pól i skowronków nad nimi.
W północnej części miasta Lienz, przepołowionego rzeką Drawą, stanął kwaterą sztab atamana Domanowa. Gen. Krasnow z żoną zamieszkał w osobnej willi w odległości czterech kilometrów od miasta, którą mu uprzejmie wyznaczyły władze brytyjskie. Na prawym brzegu stanęła kozacka szkoła junkierska, dalej – przyboczny dywizjon i pierwszy pułki konny. Wzdłuż lewego brzegu: żandarmeria kozacka, pułki dońskie, kubańskie i terskie. Następnie tabory i warsztaty. Przestrzeń na wschód od wsi Nikolsdorf aż do Oberdrauburg zajęły oddziały kaukaskie, tzw. Legion Kaukaski pod wodzą Sułtan-Kelecz-Gireja. Rodziny i uchodźcy cywilni znaleźli wygodne pomieszczenie w barakach b. obozu dla jeńców brytyjskich Peggetz, odległego o półtora kilometra od Linzu.
W południowej części miasta znajdował się sztab brytyjski. Kozakom pozostawiono na razie broń, a z dniem 15 maja poczęto wydawać prowiant. Zadymiły niezliczone ogniska koło szałasów i namiotów. Wzniesiono polowe cerkiewki. Była Wielkanoc. Wydawano też nowe mundury. Dowódca jednej z brygad kozackich zwrócił się do władz brytyjskich z za pytaniem, czy mają nadal prowadzić ćwiczenia wojskowe.
– Oczywiście – odpowiedziano. – Będziecie może już wkrótce potrzebni.
Nie była to żadna rewelacja, a raczej potwierdzenie ogólnego optymizmu politycznego. Znaleźli się wprawdzie pesymiści, którzy przepowiadali, że zaproponują Kozakom służbę w koloniach. Ale tacy należeli do wyjątków. Szkołę junkierską odwiedziło kilku oficerów brytyjskich. Gdy tłumaczka odpowiadała im, że niektórzy zrobili tysiące kilometrów, aby wydostać się spod jarzma bolszewickiego, oficer brytyjski westchnął:
– Niech ich Bóg wspomaga.
Szesnastego maja, nazajutrz po wydaniu obfitych porcji żywnościowych, kazano Kozakom złożyć broń, pozostawiając ją tylko oficerom i żandarmerii.
Istnieje stare jak świat doświadczenie ludzkie, że jak w życiu cywilnym nie oddaje się pieniędzy, tak w życiu wojskowym nie oddaje się broni inaczej niż pod – murowany weksel! Cóż począć jednak, gdy inni pouczają, że optymizm i wiara zdolna jest poruszyć góry.
Do siedziby prywatnego banku kozackiego, umieszczonego w jednym z budynków Lienz, przybył rano oddział żołnierzy brytyjskich i zażądał wydania kluczy od kasy. Mimo protestów, że kasa zawiera wyłącznie prywatne pieniądze Kozaków, żołnierze władowali ją na ciężarówkę i wywieźli. Tymczasem brytyjski oficer łącznikowy nakazał rozdawnictwo dzieciom pomarańcz i czekolady. Zaproponował organizację koncertów i w tym celu odszukanie odpowiedniej sali w mieście. Salę odszukano. Obiecał ją pięknie odremontować na koszt władz okupacyjnych. Obiecał zbudować kuchnie kryte, by Kozacy nie potrzebowali gotować na ogniskach. Istotnie zaczęto już zwozić cegłę. W końcu wystąpił z projektem wydawania gazety kozackiej. W tym celu do lokalu b. niemieckiego Arbeitsamtu zwołał naradę, na którą przybyło dwanaście osób z redaktorem Tarusskim na czele. Oficer wyłożył swój plan, zapewniając dostarczenie niezbędnych środków finansowych. Na razie zaś poprosił o – imienny spis wszystkich dziennikarzy. Wręczono mu go z gotowością.
– Tank you very much – odpowiedział oficer.
W kilka dni później Tarusski popełnił samobójstwo...
Ale nie wybiegajmy naprzód.
Wczesnym rankiem 27 maja podano do powszechnej wiadomości, że całe wojsko kozackie będzie otrzymywało pełne racje armii brytyjskiej.
– Hurra! – wołano po namiotach i szałasach.
W kilka godzin później, o dziesiątej rozkazano wszystkim oficerom i żandarmerii oddać broń do dwunastej w południe. Na pytanie atamana Domanowa, wyjaśniono, że chodzi tu tylko o zamianę broni na bardziej jednolitą i nowoczesną.
Nazajutrz, 28 maja , powiadomiono Domanowa, że wszyscy oficerowie i urzędnicy wojskowi mają się przygotować na godzinę pierwszą po południu do wyjazdu na specjalną konferencję z władzami brytyjskimi.
Dzień był upalny. Niebo bez chmurek. Wynikło zagadnienie, w co się ubrać na konferencję, do której większość oficerów kozackich przywiązywała wielką wagę. Konferencję z najwyższymi władzami brytyjskimi!
– Płaszcze brać? Wieczór może być chłodny.
– Ale skąd. Żadnych rzeczy, żadnych płaszczów – oficer rozstawił palce u ręki, a drugą zaginając palec po palcu zaczął wyliczać: – Moi panowie, o trzeciej rozpoczyna się konferencja w Villach, obrady potrwają godzinę, najwyżej półtorej; o piątej, najdalej o piątej trzydzieści, no powiedzmy o szóstej będziecie z powrotem.
Oficerowie zaczęli się szybko rozchodzić, ażeby zdążyć przebrać się w najlepsze mundury, wyglansować buty. W błyszczących epoletach zjawiali się na miejsce odjazdu. Ci ze starej emigracji przyczepili carskie ordery. W tej chwili... daleko gdzieś, zdawało się w górach, gruchnął strzał. Nikt wówczas nań nie zwrócił uwagi. To zastrzelił się podesauł Gołowiński, "taki dziwak", jak o nim wczoraj mówiono: jedyny, który odmówił wydania broni. Samochody już podjeżdżały.
Tam, gdzie nie działa doświadczenie, działa czasem instynkt; niektóre z żon zaczęły raptem, bez żadnej widocznej przyczyny, płakać.
– Proszę uspokoić żony – powiedział oficer do tłumaczki. – Daję słowo brytyjskiego oficera, że ich mężowie wrócą najpóźniej pomiędzy piątą a szóstą wieczorem.
Dzień był upalny. Może dlatego godziny wlokły się tak długo. Przyszła wreszcie piąta, czekano do szóstej... Minęła siódma... Na konferencję wyjechało parę tysięcy oficerów. Żaden z nich nie wraca. Straszliwe przeczucie zaczęło ogarniać pozostałe rodziny. Żołnierze także zaczęli się gromadzić i rozprawiać.
Nikt oczywiście nie mógł wiedzieć o tym, że już pięć dni temu, 23 maja 1945, pomiędzy władzami brytyjskimi i sowieckimi stanął w Wiedniu układ o wydaniu wszystkich oficerów i ich rodzin w ręce władz sowieckich.
W stanicach wzdłuż Drawy przystąpiono w końcu do przygotowywania posiłku wieczornego.
"Konferencja"
Zanim przejdę do opisu jej przebiegu, chciałbym
zatrzymać się na chwilę nad niewątpliwie ciekawym zagadnieniem: w jaki
sposób tysiące oficerów ze starymi generałami na czele mogło do tego
stopnia naiwnie dać się uprowadzić w pułapkę? Zaszedł wszak wypadek,
który powinien był wywołać niepokój. 27 maja przybył do Lienz gen.
Szkuro, stary emigrant, który nigdy obywatelem sowieckim nie był. Jeden z
wybitniejszych generałów wojny domowej, przy tym w okresie wspomagania
"białych" przez Wielką Brytanię odznaczony wysokim orderem brytyjskim.
Zgotowano mu przyjęcie entuzjastyczne.
Nazajutrz... czyli właśnie owego 28 maja, do kwatery gen. Szkuro przybyło dwóch oficerów brytyjskich, aresztowało go i wywiozło w niewiadomym kierunku.
Wypadek ten, sam przez się mogący wzbudzić poważniejsze refleksje, utonął wszakże w rozgardiaszu i komentarzach na temat konferencji. Zwołanie jej nie stało w sprzeczności, a raczej wydawało się większości logiczną konsekwencją optymistycznych oczekiwań. Każdy chciał być raczej obecny niż nieobecny. W nieunikniony konflikt z Sowietami wierzyło 90% Drugiego Korpusu polskiego we Włoszech, jak wierzyło pół Europy. Poza tym Kozacy byli skłonni wszystkie zalety pod słońcem przypisywać Brytyjczykom. Nigdy jeszcze słowo "gentleman" nie było w tak krótkim czasie tylokrotnie wypowiedziane i komentowane. Gdy zaś z ust tych "gentlemanów" padały zapewnienia poparte honorem oficerskim, rozproszyły się ostatnie wątpliwości nielicznych sceptyków.
Nieco odmienne było zachowanie się samego atamana Domanowa (powieszonego później w Moskwie). Zwoławszy na rozkaz brytyjski wszystkich oficerów, na pytanie zadane przez jednego z dowódców pułku: "Co nas czeka?", odpowiedział:
– Chyba nic dobrego. Zapewne druty.
– Co robić z oficerami, którzy zaczną uciekać w góry?
– Pan jest dowódcą pułku. Pan mnie zrozumiał.
W istocie jednak nie zrozumiał. Tym bardziej, że sam Domanow jechał, a wypowiedź jego świadczyć może, że i jego przewidywania nie posunęły się w pesymizmie dalej niż brytyjski obóz jeniecki.
O pierwszej po południu zajechały ciężarówki. Według prowizorycznych obliczeń pojechało: generałów 35, pułkowników 167, podpułkowników 283, esaułów 375, podesaułów 460, sotników 526, chorążych 756, urzędników wojskowych 124, personelu lekarskiego 15, fotografów 2, oficerów łącznikowych 5 i 2 duchownych.
Dopiero w ciężarówkach coś ich tknęło. Zaciągnięto brezenty. Koło szoferów siedli żołnierze uzbrojeni w pistolety automatyczne. Ktoś próbował zaśpiewać, ale urwał. Po przejechaniu 12 km kolumna się zatrzymała. Podjechały lekkie czołgi. Droga wiodła wzdłuż Drawy przez Greifenburg – Steinfeld –Sachsenburg – Möllbrücke do... Przerzucić się psychicznie z jednej skrajności w drugą nie jest łatwo; z poczucia bezpieczeństwa w strach, z zaufania w rozpacz. Ilu potrafiło tego dokonać nie jest dokładnie znane. Przyjmuje się hipotetyczną cyfrę pięciu oficerów, którzy zeskoczyli w biegu i uciekli w lasy.
Od Möllbrücke, wciąż korytem Drawy, droga skręca raptownie na południo-wschód i o trzynaście kilometrów dalej leży miasto Spittal. Samochody wjechały w bramę obozu otoczonego potrójnym rzędem drutów kolczastych. Gęsto rozstawione posterunki. Zaczął się wyładunek.
Oficerów podzielono od razu według rang, przydzielając każdej grupie osobny barak. Wewnątrz panował brud i nieład, na ziemi leżała stara słoma. Po godzinie dowódca angielski wezwał trzech generałów kozackich, w tej liczbie Domanowa i Tichockiego, i oświadczył im lodowato:
Proszę powiadomić wszystkich oficerów, że zgodnie z umową zawartą pomiędzy rządem Jego Królewskiej Mości i Związkiem Socjalistycznych Republik Sowieckich, przekazani zostaną do rozporządzenia sowieckich władz wojskowych. Odjazd ze Spittal nastąpi jutro o czwartej rano.
Tichockiemu zrobiło się słabo i upadł.
Paraliżująca rozpacz
Choćbyśmy się nie wiem jak starali
odciąć od tzw. "psychiki wschodniej", pojmiemy wszelako łatwo, że to co
najbardziej musiało zaskoczyć przeszło dwa tysiące oficerów dońskich,
kubańskich, terskich... Gruzinów, Osetyńców, Karaczanów, Inguszów itd.,
to był niewątpliwie "styl" załatwienia całej sprawy. Styl zresztą
odmienny również od procedury, która by była zastosowana w podobnych
wypadkach na całym kontynencie europejskim. Gdzie indziej mogło być
raczej gorzej, ale – "nie tak"... I właśnie to zaskakujące, to "nie
mieszczące się w głowie" spotęgowało jeszcze paraliż psychiczny, który
opanowuje zazwyczaj skazańców przed wykonaniem wyroku.
Najbardziej niezwykłym objawem bohaterstwa ubiegłej wojny było niewątpliwie powstanie getta warszawskiego. Ci, co wzruszają ramionami, twierdząc, że Żydzi "nie mieli ani innego wyjścia, ani żadnej nadziei", zdradzają głęboką nieznajomość psychiki ludzkiej. Właśnie: najtrudniej jest walczyć bez nadziei! W Katyniu tylko 4% oficerów miało skrępowane ręce.
W Spittal też nikt nie rzucił się na Brytyjczyków z gołymi rękami. Zaczęli zrywać z siebie dystynkcje oficerskie i ordery, zdzierać czerkieski, szarpać paradne mundury włożone na "konferencję". Niektórzy na podłogę baraków rzucali nawet poświęcane krzyżyki. Dziennikarz Tarusski powiesił się pierwszy. Starzy emigranci próbowali redagować petycje; dochodziło do gorszących kłótni zupełnie bezprzedmiotowych, albowiem petycji tych nie tylko nikt nie rozpatrywał, ale nawet nie przyjmował. Przez pewien czas nadzieję pokładano jeszcze w gen. Krasnowie, ze względu na jego bądź co bądź głośne nazwisko i osobistą znajomość z gen. Alexandrem. Chciano przywołać zza drutów przedstawiciela władzy okupacyjnej, żeby rozmawiał z Krasnowem. Staruszek nie mógł stać i czekać, więc wyniesiono mu przed druty krzesło. Żołnierz brytyjski kopnął krzesło i rozleciało się w drobne kawałki.
W nocy powiesił się płk Michałow, ale w ostatniej chwili odcięto go z pętlą. Nazajutrz, 9 maja, o świcie, dwaj duchowni prawosławni wyszli na plac przed barakami i rozpoczęły się uroczyste modły o zmiłowanie. Wokół nich stłoczył się tłum zarówno prawosławnych, jak muzułmanów.
O szóstej rano przybyły zapowiedziane ciężarówki. Gromadnie odmówiono dobrowolnego wsiadania. Wówczas na dany rozkaz zaczęli zbliżać się żołnierze uzbrojeni w pistolety automatyczne i grube pałki. Oficerowie kozaccy stłoczyli się, wziąwszy się pod ręce. Nic nowego pod słońcem! Żołnierze brytyjscy zaczęli bić pałkami, bić po głowach i złączonych rękach. Wyrwano pierwszego oficera z szeregu i wrzucono do samochodu. Wyskoczył. Wtedy pobito go znowu i zapędzono powtórni. Znowu wyskoczył. Wówczas uderzeniami kolb i pałek powalono go na ziemię i skopano butami, aż zastygł be ruchu w kałuży krwi. Wrzucono go jak worek na dno ciężarówki... Ludzie zaczęli wsiadać.
Niektórzy z Brytyjczyków mrużyli oczy i zaciskali zęby. Inni bili z zacietrzewieniem. Był taki, który miał łzy w oczach. Był taki, który podszedł z koszykiem i wyciągając z kieszeni paczki z papierosami, zaproponował:
– Za jednego papierosa zegarek.
Cóż po zegarku!... A wszyscy już wypalili papierosy, które wzięli ze sobą na "konferencję". Oficerowie brali po papierosie i rzucali do koszyka po zegarku.
Zastrzelił się jeszcze gen. Siłkin. W ostatniej chwili powiesił się oficer Charłamow. Brytyjczycy zwolnili jednego z duchownych, dwu urzędników wojskowych i dwunastu lekarzy. Wypuszczono także wyrostka, Kozaczka-spadochroniarza o przezwisku "Ryżenki".
Oficer brytyjski podszedł do dowódcy oddziałów kaukaskich Sułtan-Kelecz-Gireja, oświadczając, że wyznacza go szefem, odpowiedzialnym za zachowanie się oficerów kaukaskich. Sułtan-Kelecz-Girej splunął mu pod nogi.
Krasnow nie wyszedł na plac. Siedział w otwartym oknie baraku i patrzył. Żołnierze brytyjscy zauważyli go w ostatniej chwili i rzucili się, by go wyciągnąć przez okno. Kilku oficerów kozackich odepchnęło żołnierzy i wzięło atamana na ręce.
Wśród oficerów, wtłoczonych do ciężarówek, było 32% b. obywateli sowieckich i 68% starych emigrantów, którzy nigdy obywatelami sowieckimi nie byli.
Głodówka czterdziestu tysięcy
Powróćmy teraz do owej godziny ósmej
wieczorem dnia poprzedniego, która takim strachem napełniała rodziny
pozostałe w Lienz.
– Czy tłumaczka już przyszła? – spytał nerwowo oficer brytyjski.
– Yes, sir.
– Proszę zawołać.
Przed kancelarią stała jedna z ciężarówek, która wywoziła oficerów na konferencję. Powróciła pusta. Tłumaczka, zobaczywszy ją, zbladła i weszła do kancelarii.
– Gdzie są nasi oficerowie? – zapytała.
– Nie wrócą tutaj – odparł oficer.
– A gdzie są?
– Nie wiem.
– Pan przecież zapewniał, że będą najdalej o szóstej z powrotem. Więc pan oszukiwał?
– Droga pani, my jesteśmy tylko żołnierzami i wykonujemy rozkazy naszych przełożonych. Proszę natychmiast przygotować spis pozostałych oficerów.
W ten sposób masę kozacką pozbawiono kierownictwa. Do drugiej w nocy ludzie chodzili z miejsca na miejsce i gadali, a później poszli spać. Nazajutrz, 29 maja, o dziewiątej rano zjawił się młody oficer brytyjski i wręczając tłumaczce tekst odezwy, nakazał ją natychmiast rozpowszechnić.
"Kozacy! Wasi oficerowie okłamywali was i prowadzili fałszywą drogą! Zostali aresztowani i już nie powrócą. Teraz, uwolnieni od ich wypływu i nacisku, możecie swobodnie mówić o ich kłamstwach i nareszcie będziecie mogli wypowiadać nieskrępowanie wasze przekonania i wasze pragnienia. Wszyscy powrócicie do ojczyzny..." itd. Widać było, że tekst ułożyły władze sowieckie. Dalej następowało wezwanie do bezwzględnego poddania się rozkazom brytyjskim.
O dziesiątej rano zapowiedziano, że 31 maja o siódmej rano rozpocznie się repatriacja pułków kozackich i ich rodzin.
Było jasno, ciepło, pogodnie. Wiadomość wydała się piorunem z jasnego nieba! Powstała panika. W baraku nr 6 obozu Peggetz zwołano prowizoryczną naradę. Na wodza ad hoc organizowanej akcji biernego oporu wysunięto podchorążego Połunina. Ogłoszono powszechną głodówkę i rozklejono plakaty zredagowane po angielsku: "Wolimy głód i śmierć tu niż powrót do Związku Sowieckiego!" We wszystkich obozach i stanicach wywieszono czarne flagi. Na placach obozowych zbudowano prowizoryczne ołtarze i duchowni odprawiali przy nich dzień i noc nabożeństwa, spowiadając i udzielając komunii. Naturalnie nie obeszło się bez pisania zbiorowych petycji: do króla i królowej, do biskupa Canterbury, do Churchilla, do papieża, do króla serbskiego Piotra, do gen. Eisenhowera, do parlamentów krajów demokratycznych... Wojskowa kancelaria brytyjska petycje przyjmowała i rzucała do kosza.
– Trzymajmy się, Trzymajmy się! – podawano z ust do ust. – Trzymajmy się razem, a nic nam nie zrobią. Nie dopuszczą do ostateczności!
Po barakach, namiotach i szałasach rozdmuchiwano przy nie zapalonych z powodu głodówki ogniskach iskry nadziei. Tak minął dzień trzydziesty maja. Wieczorem zapowiedziano, że wskutek przypadającego na dzień następny katolickiego święta Bożego Ciała, repatriacja została przesunięta na dzień pierwszy czerwca.
Wieczorem trzydziestego pierwszego wyłączono dopływ wody w barakach.
1 czerwca 1945
Czytałem gdzieś, że był taki niegrzeczny
chłopczyk, który, gdy go ojciec chciał sprać pasem, składał pobożnie
ręce i klękał do modlitwy, bo modlitwy nawet ojciec nie ma prawa
przerywać... To chyba było jeszcze w tamtym wieku, przed rokiem 1914.
Pierwszego czerwca próbowało tego sposobu kilkadziesiąt tysięcy w
dolinie rzeki Drawy. Ale był to już rok 1945...
Od świtu utworzyła się olbrzymia procesja, która ruszyła do kaplicy polowej w obozie Peggetz. Przodem kroczyli duchowni w ornatach. Niesiono krzyże, chorągwie, księgi, zapalone świece. Słońce zaledwie wzeszło i ledwo różowiły się śniegi na szczytach Alp. Myczały krowy kozackie, nie dojone w ogólnym zapamiętaniu. Po pastwiskach rozłaziły się nie dopatrzone konie i wielbłądy Astrachańców. Nad Drawą wisiała jeszcze mgła. Niepisanym nakazem postanowiono przybrać postawę biernego oporu.
– Tylko nie ruszać Anglików! Modlić się. Obroni Przenajświętsza Bogurodzica.
Tak zrobiono. Modły trwały bez przerwy, ale około ósmej rano zbliżyły się szerokim wachlarzem czołgi brytyjskie i stanęły w odległości stu metrów. Od strony baraków zajechały ciężarówki, do których miano ładować ludzi i odwozić na stację do oczekujących pociągów. Cały zaś obóz otoczony został tyralierą żołnierzy zbrojnych w karabiny z nasadzonymi bagnetami, pistolety automatyczne i pałki. Jeszcze przez krótki czas trwały nabożne pieśni, gdy nagle żołnierze rzucili się na tłum, rozrywając łańcuch rąk i bijąc po głowach kolbami i pałkami. Powstała panika, krzyki, deptano i zadeptywano się wzajemnie. Tłum, cofając się, zaczął napierać na parkan odgraniczający obóz od pola. Parkan runął pod naciskiem. Ale na polu też stały czołgi. Żołnierze strzelali nie w górę, lecz pod nogi. Zbitych i okrwawionych chwytano i wleczono do ciężarówek. Również w dalszych obozach rozległy się strzały. Ludzie rzucali się na oślep, uciekali w lasy, skakali do rzeki. W nieopisanym tumulcie rozbiegły się tabuny koni. Miejscowa ludność początkowo żegnała się nabożnie krzyżem świętym, gdy jednak ktoś zrobił początek, rzuciła się, by grabić opustoszałe namioty, łapać konie, zabierać bydło. Wtedy księża katoliccy kazali bić w dzwony i nawoływać ludność do zaprzestania hańbiącej grabieży. Na wieżach kościelnych pojawiły się też czarne chorągwie.
Tymczasem główna masa ludzka w Peggetz, cofając się przed zbrojnymi żołnierzami, usiłowała jeszcze wyrywać z ich rąk tych, których już schwytali. Wtedy to padł pierwszy Kozak przebity bagnetem. Tłum odpłynął i odsłonił ołtarz. Pop wyciągnął ku żołnierzom Ewangelię, ale wytrącono mu ją z rąk bagnetem. Jeden z Kubańców zasłonił się obrazem Matki Boskiej, otrzymał jednak cios w skroń i skóra wraz z włosami zwisła mu na ucho. Trzeci próbował parować cios chorągwią św. Mikołaja Cudotwórcy, uderzenie pałki wdeptało Mikołaja Cudotwórcę w błoto.
Improwizowana kaplica, ołtarz, obrazy, kielichy, wszystko
zostało przewrócone i stratowane. Nagle ktoś krzyknął, inni go
podtrzymali, i rozległo się zgodne a groźne: "Urrra!". Wydawało się, że
Kozacy sami chcą przejść do natarcia. Żołnierze brytyjscy prędko
zawrócili i zaczęli wystawiać karabiny maszynowe. Jedne z duchownych,
ratując sytuację, wezwał ponownie do modlitwy...
Gdy się modlono, żołnierze, pozostawiając na placu rannych i trupy zatłuczonych i zakłutych bagnetami, zwrócili się do baraków, wywlekając ukrywających się tam ludzi i pakując do samochodów. Jeden z Kozaków stawiał czynny opór, więc powalono go na ziemię, dwóch ciągnęło za nogi, z trzecie podpychał go końcem buta w ciemię. Pewna kobieta miała na ręku okrwawione dziecko. Żołnierz opatrzył dziecko własnym bandażem, ale mimo zaklinań, oboje wpakował do ciężarówki. Spośród żołnierzy brytyjskich czekających opodal czołgów, wielu okazało współczucie. Mówią o jednym, który łamanym rosyjskim szepnął:
– Nie dawajcie się, oni nie mają prawa.
Mała dziewczynka podeszła do innego i podała mu kartkę napisaną po angielsku: "Zabijcie nas, ale nie oddawajcie bolszewikom". Żołnierz przeczytał, schował do kieszeni i nagle zapłakał. O piątej po południu do tłumu podjechał w dżipie oficer brytyjski i oświadczył przez głośnik:
– Kozacy! Jestem pod wrażeniem waszej bohaterskiej postawy, ale w myśl umowy jałtańskiej, wszyscy, którzy byli obywatelami Związku Sowieckiego do pierwszego września 1939, muszą zostać repatriowani! Kto jest w posiadaniu dokumentów stwierdzających, że w tym czasie nie przebywał na terytorium Sowietów, niech je przedstawi.
W ten sposób, począwszy od piątej, de facto zaprzestano masakry na terenie największego skupiska w obozie Peggetz. Opodal dżipu, w którym stał oficer brytyjski, leżał zabity junkier, nieco dalej ciało kobiety obejmującej martwe dziecko. (Jak ustalono później na podstawie znalezionych przy trupach dokumentów, junkier pochodził z Dniepropietrowska, kobieta urodzona była na Kubaniu, a dziecko już we Włoszech.)
Tymczasem wzdłuż Drawy szła dalej wielka obława na ludzi, którzy mieli być wydani Sowietom. Strzelano do uciekających. Przypadkowo, czy też umyślnie zastrzelono kobietę, którą wykrył pies w krzakach. Były wypadki rzucania się pod czołgi. Gdy zabierano chorych i rannych ze szpitala, jeden z nich wyskoczył z okna na bruk. Dużo ludzi utonęło w Drawie. Wszyscy pamiętają kobietę, która płynęła rzeką na wznak, z przywiązanym na piersiach niemowlęciem. Obok, brzegiem biegł żołnierz brytyjski i usiłował wyłowić ją za pomocą długiej żerdzi. Ale nie mógł dosięgnąć. Wreszcie wody zagnały ją w małą zatoczkę. Dziecko było już martwe, a kobieta zmarła po kilku godzinach w szpitalu. Była to lekarka zawodu, rodem z Kubania, nazwiskiem Woskobojnikowa. Matka jej i czternastoletnia siostra utonęły.
Święty Teodozjusz Czernihowski
Na drugi dzień rozpoczął się następny
akt dramatu, tak dobrze znany wszystkim emigrantom politycznym na
świecie: wydobywanie dokumentów stwierdzający, że...; walka o świadectwa
i upraszanie świadków; intrygi, zabiegi, machlojki i kombinacje
wszelkiego rodzaju. Ale ani lament, ani zsyłka nie ustały. Biegały
kobiety z rozwianym włosem, szukając wywiezionych w zamieszaniu dzieci;
biegały płaczące dzieci, szukając wywiezionych rodziców. Lamentowano nad
rozgrabionym mieniem. Tymczasem dalsze transporty odjeżdżały na wschód w
odrutowanych wagonach, które w wypadkach zsyłek nie przez sojuszników,
ale przez wrogów, zwykliśmy nazywać "bydlęcymi" . Wielu opanowało
zniechęcenie i apatia. Tak np., gdy drugiego czerwca przystąpiono do
wywożenia szkoły junkierskiej, z szeregu junkrów, którzy dotychczas
stawiali największy opór, wyszedł jeden, zarzucił swój worek na plecy i
machnął ręką:
– Ech, bratcy! Jadę do rodzinnego kołchozu...
– Ech, bratcy! Jadę do rodzinnego kołchozu...
I nagle wszyscy w milczeniu poszli jego śladem. Tegoż samego dnia wywożono pułki trzeci kubański i tersko-stawropolski. Kozacy uciekali w pojedynkę lub grupami. Początek wydawał się zawsze łatwy. Oto grupa sześćdziesięciu dotarła górami do włoskiej granicy i nie przekraczając jej zwróciła się na zachód, kierując na Innsbruck. Ażeby ominąć posterunki brytyjskie, szli szczytami, czasem po śniegu. Jedenastego czerwca wykrył ich samolot brytyjski i ostrzelał. Schowali się w szczelinach, ale jeden został ranny. Zabrali rannego i poszli dalej; jednak samoloty śledziły marszrutę. Gdy wypadło schodzić w przełęcz, natknęli się na zasadzkę i zostali ujęci, odstawieni do obozu i wydani bolszewikom, poza jednym, któremu udało się zbiec. Do organizacji obław w górach władze brytyjskie użyły też b. jeńców sowieckich, zwolnionych z obozów niemieckich.
Mało już kto się w dolinie modlił. Ikony i chorągwie leżały porozrzucane i połamane na ziemi. Tylko pewna Kozaczka do dziś dnia utrzymuje z uporem, że wszystko zawdzięcza św. Teodozjuszowi Czernihowskiemu. Kiedy z matką, dzieckiem na ręku i młodym bratem znalazła się w tłumie przeznaczonym do wysłania, ślubowała temu świętemu, że co piątek pościć będzie na sucho, jeżeli uda się jej wydostać z tego piekła. Jakoż zdarzył się pierwszy cud: cofający się tłum wypchnął ją wprost na most na Drawie. Zgubiła wprawdzie pantofle i biegła w skarpetkach, ale św. Teodozjusz skierował pogoń żołnierzy za większą grupą, która uciekała w lewo za mostem, podczas gdy ona z matką, dzieckiem i bratem pobiegła w prawo. W ten sposób zdołali dobiec gór i zaczęli się drapać na skały. Na pokaleczonych, bosych stopach minęli las, aż gdy się skończył, doszli do kamienistych łąk i śniegu. Trzeciego dnia natrafili na trupy: Kozak, kobieta i dziecko. Widocznie popełnili tu samobójstwo; nożem czy brzytwą, czy z ukrytego jeszcze pistoletu, nie chcieli sprawdzać. Tymczasem wyczerpały się już zabrane zawczasu do worka zapasy. Pragnienie gasili śniegiem. Co robić? Gdzie iść? Co jeść? Do kogo się zwrócić?... Jakoż pozostał tylko św. Teodozjusz Czernihowski.
– Idę – opowiada Kozaczka – i modlę się do Niego, a sama myślę: jakaż ja głupia, przecież z tych kamieni wokół chleba nie będzie. Nagle!... Za zakrętem skały drewniany domek. Przed nim stoi stary Kozak i wyłamuje okno. Zobaczył nas i kiwa ręką. Podbiegłam. Święty Teodozjusz Czernihowski!! Przez okno widać na stole leżące chleby!
Było to schronisko dla turystów. Znalazło się w nim jeszcze trochę kaszy, mąki, a także drzewo opałowe. Nazajutrz, po zjedzeniu i wyspaniu, ruszyli dalej. Ciągle krawędzią wiecznego śniegu. Gdy rozwarła się raptownie straszliwa przepaść, zdawało się, że nie ma już drogi. Ale stary Kozak długo się namyślał, obliczał, kombinował i wreszcie poprowadził. Po pięciu dniach, minąwszy trzy szczyty i cztery przełęcze, zdecydowali się zejść w dolinę. Tu w pierwszej napotkanej chacie podjęli się pracy w zamian za wyżywienie. I oto znowu zdarzył się cud.
Pewnego dnia przybył do wsi patrol brytyjski, szukając zbiegów.
– Postanowiłam – opowiada – nie dać się żywcem: wyskoczę z okna z dzieckiem i zabiję się. Ale na razie zaczęłam od modlitwy do św. Teodozjusza Czernihowskiego: "Nie dopuść do ciężkiego grzechu samobójstwa!". Wchodzi sierżant i każe pokazać papiery. Wyciągam, wręczam mu wiedząc, że z nich jasno wynika, że uciekłam z Lienz. Sierżant długo je czytał, jeszcze dłużej obracał w palcach, później popatrzył na mnie raz, drugi... Opuścił oczy i oddając papiery powiedział: "All right". I wyszedł.
Konie uratowały stu dwudziestu
Czytelnik słusznie zapytać może: to wszystko było z ludźmi, no dobrze, ale co się stało z tą masą koni? Koni nie wydano.
Konie kozackie, przeważnie nawykłe do równin, to nie muły. Nie nadawały się w większości do ucieczek górskich. Rozbiegły się w dolinie Drawy i pasły na cudzych polach i łąkach, razem z nielicznymi wielbłądami. Władze brytyjskie wyznaczyły uriadnika, kazały mu wybrać stu dwudziestu dobrych jeźdźców i zegnać wszystkie konie do jednego miejsca. Uriadnik zebrał oddział ze swoich staniczników, podzielił na dwie grupy po sześćdziesięciu ludzi i zaopatrzony w niezbędne przepustki zabrał się do roboty. Rozpoczęto od spędzania czerkieskich koni spod Oberdrauburga. W Lienz założono specjalny obóz koński i przeprowadzono rejestrację. Zdrowe konie odprawiono transportami kolejowymi. Gdy wysyłka się skończyła, oddział uriadnika skierowano do Villach w celu przytransportowania stamtąd koni kawalerii węgierskiej do bazy końskiej w Lienz. Jedyną troską Kozaków było tylko, ażeby nie trafić przypadkiem do transportu kolejowego... Poza tym żyli sobie dobrze. Gdy po kilku tygodniach nastąpiła likwidacja bazy, przybył oficer brytyjski w towarzystwie tłumacza:
– Kto z was chce wracać do ojczyzny?
Nastąpiło głuche milczenie.
– Znaczy nikt?
– Nikt! - odpowiedzieli jednym głosem.
– Dobrze. Nikogo więcej przymusowo repatriować nie będziemy.
Współistnienie z roku 1945
Powracam do zerwanego 29 maja wątku
"konferencji" w Spittal. Zajechały cztery sztabowe autobusy i
pięćdziesiąt osiem ciężarówek, nie licząc kilkunastu samochodów innego
typu. Transport oficerów ochraniało: dwadzieścia pięć lekkich czołgów,
stu pięciu motocyklistów, stu czterdziestu szoferów i pomocników
uzbrojonych w pistolety automatyczne, siedemdziesięciu żołnierzy z
pistoletami automatycznymi gotowymi do strzału, trzydziestu żołnierzy na
czele pochodu, sześćdziesięciu ludzi na dwóch ciężarówkach zamykających
pochód. Ilość ogólna uzbrojenia: trzysta dziesięć pistoletów
automatycznych, sto dwadzieścia pięć karabinów maszynowych, dwadzieścia
jeden lekkich armat.
Zanim ten ponury konwój osiągnął linie sowieckie, dwóch oficerów się otruło, a dziewiętnastu próbowało uciec. Z tych dziewiętnastu ucieczka udała się tylko czterem, piętnastu zastrzelono.
Dalsze dane są niepewne.
Dwunastu generałów, w tej liczbie Domanowa, Krasnowa, Sułtana-Kelecz-Gireja oraz Szkurę (odstawiony dopiero 31 maja specjalnym samochodem wraz ze swym adiutantem), wysłano do Moskwy i powieszono. Stu dwudziestu oficerów zastrzelił konwój sowiecki po drodze z Grazu do Wiednia. W Wiedniu rozstrzelano tysiąc trzydziestu. Zniknęło bez wieści wywiezionych na dalsze badania dziewięciuset osiemdziesięciu trzech. Dane te nie są ostateczne i wymagałyby sprawdzenia, gdyby takie sprawdzenie było możliwe.
Istnieją także obfite materiały dotyczące wydania trzech dywizji XV Korpusu Kozackiego w Judenburgu. Zastosowano tu metody niemal identyczne.
Źródło: Tylko prawda jest ciekawa
środa, 6 marca 2013
Jesień 1941: Pearl Harbor i wojny Korporacyjnej Ameryki
Mit: USA zostały zmuszone do wypowiedzenia wojny Japonii po zupełnie niespodziewanym japońskim ataku na amerykańską bazę morską na Hawajach 7 XII 1941 r. Jako że Japonia była w sojuszu z nazistowskimi Niemcami – agresja automatycznie wepchnęła Amerykę w wojnę z Niemcami.
Rzeczywistość: Administracja
Roosevelta już od pewnego czasu była chętna do pójścia na wojnę z
Japonią. Szukała pretekstu do starcia poprzez embargo na ropę i inne
prowokacje. Złamawszy japońskie kody, Waszyngton wiedział o japońskiej
flocie płynącej do Pearl Harbor, lecz był uradowany atakiem.
Administracja była pewna, że ułatwi to „sprzedanie” wojny dla ogromnej
większości Amerykanów, którzy byli jej przeciwni.
Japoński atak, w przeciwieństwie do
amerykańskiego ataku na Japonię, także był „pożądany” ze względu na
uniknięcie wypowiedzenia wojny przez Niemcy, które na mocy traktatowych
porozumień były zobowiązane pomóc Japonii tylko w przypadku gdyby
została zaatakowana. Jednak, z powodów niemających nic wspólnego z
Japonią i z USA a z załamaniem się niemieckiej „wojny błyskawicznej”
przeciwko Związkowi Sowieckiemu, Hitler z własnej woli wypowiedział
wojnę USA w kilka dni po Pearl Harbor – 11 XII 1941 r.
Jesień 1941. USA wtedy,
tak jak i dziś, były rządzone przez „Elitę Władzy” [„Power Elite” -
Ussus] przemysłowców, managerów, wiodące korporacje i banki – przez
znikomą część populacji. Wtedy, tak jak i dziś, ci przemysłowcy i
finansiści – „Korporacyjna Ameryka” – mieli bliskie powiązania z
najwyższymi osobistościami w armii, „dyktatorami” – socjolog z
Uniwersytetu Columbia C. Wright Mills ukuł termin „elita władzy”(1) tak
ich nazywając – i przez których kilka lat później, wielka kwatera, zwana
Pentagonem, została założona na brzegach Potomacu.
W rzeczywistości „kompleks
przemysłowo-wojenny” istniał już wiele dekad przed tym zanim prezydent
Eisenhower, przechodząc na emeryturę, nadał mu taką właśnie nazwę.
Mówiąc o prezydentach: w latach 30. i 40., tak wtedy jak i dziś, Elita
Władzy „usłużnie” zezwalała Amerykanom co cztery lata na wybór między
dwoma członkami elity – jeden z nich nazywany „demokratą”, drugi
„republikaninem”, ale niewiele ludzi znało różnicę – do rezydowania w
Białym Domu w celu wyznaczania i zarządzania polityką wewnętrzną i
zagraniczną. Polityki te służyły – i nadal służą – interesom Elity
Władzy. Innymi słowy – polegają na promowaniu „interesów”. To słowo –
klucz oznaczające maksymalizację profitów wielkich korporacji i banków
będących członkami tejże elity.
Jak prezydent Calvin Coolidge szczerze
przyznał w latach 20., „interesem Ameryki (mając na myśli rząd USA) jest
biznes”. W 1941 r. lokatorem Białego Domu był wierny członek Elity
Władzy, latorośl bogactwa, z uprzywilejowanej i potężnej rodziny:
Franklin D. Roosevelt, często pisany „FDR”. (Notabene bogactwo rodziny
Rooseveltów zostało zbudowane, przynajmniej częściowo, na handlu opium z
Chinami; jak to Balzak napisał: „za każdą wielką fortuną czai się
zbrodnia.”)
Zdaje się, że Roosevelt dobrze służył
Elicie Władzy. Został przecież nominowany (trudna sprawa!) i wybrany (to
już łatwizna!) w 1932, 1936 i w 1940 r. Było to niezwykłe osiągnięcie
jako że „brudne trzydzieste” lata, zapisały się w cieniu „wielkiej
depresji”, a napięcia międzynarodowe doprowadziły do wybuchu wojny w
1939 r. Praca Roosevelta – służba elicie – była trudnym zadaniem,
ponieważ wewnątrz kręgu samych zainteresowanych ścierały się różne
poglądy na to co dla nich jest najlepsze – co sam prezydent powinien dla
nich robić. W odniesieniu do ekonomicznego kryzysu, niektórzy
przemysłowcy i bankierzy byli zupełnie zadowoleni z prezydenckiej
polityki kinseyowskiej – znanej jako „New Deal” [nowy układ] – która
przyniosła głęboką interwencję państwa w stosunki ekonomiczne; tymczasem
inni sprzeciwiali się temu, głośno domagając się powrotu do
leseferystycznej ortodoksji [niczym nie skrępowany „wolny rynek”,
żadnych zasad]. Elita Władzy podzielona była także w kwestii stosunków
zagranicznych.
Właściciele i managerowie wielu
amerykańskich korporacji – włączając Forda, General Motors, IBM, ITT i
Standard Oil of New Jersey Rockefellera, teraz znany jako Exxon – bardzo
lubili Hitlera; jeden z nich – William Knudsen z General Motors – nawet
gloryfikował niemieckiego fuhrera jako „cud XX w.”(2) Powód:
przygotowując się do wojny, Hitler zbroił Niemcy po zęby i wiele
oddziałów amerykańskich korporacji w Niemczech zarabiało fortuny na
niemieckim „boomie zbrojeniowym”, produkując ciężarówki, czołgi i
samoloty tam na miejscu, jak np. fabryka GM Opel w Rüsselsheim i
Ford-Werke, wielki zakład Forda w Kolonii; tak jak Exxon i Texaco
zarabiając krocie na dostawach ropy do hitlerowskich czołgów jadących w
1939 na Warszawę, na Paryż w 1940 i na Moskwę w 1941 r. Nic dziwnego, że
właściciele i managerowie tych korporacji pomogli w organizacji
uroczystego świętowania niemieckich zwycięstw przeciwko Polsce i Francji
na wielkim przyjęciu w Waldorf-Astoria Hotel w Nowym Yorku
26 VI 1940 r.!
Amerykańskim „kapitanom przemysłu” jak
Henry Ford, podobał się także sposób w jaki Hitler stłamsił niemieckie
związki, wyjmując spod prawa wszystkie partie pracy i umieszczając
komunistów i wielu socjalistów w obozach koncentracyjnych; życzyli sobie
żeby Roosevelt tak samo potraktował upierdliwe związki w Ameryce i
„czerwonych”, nadal licznych w latach 30. i na początku lat 40. Ostatnią
rzeczą jakiej chcieli ci ludzie to wciągnięcie przez Roosevelta USA do
wojny po stronie niemieckich wrogów; byli oni „izolacjonistami” (lub
„nie-interwencjonalistami”), tak jak i większość opinii publicznej w
lecie 1940 r. Sondaż Gallup Poll z października 1940 r. pokazał, że 88 %
Amerykanów nie chciało mieszać się do wojny w Europie.(3) Nic dziwnego
więc, że nie było żadnych znaków na to, że Roosevelt zechce poddać
restrykcjom handel z Niemcami, ruszając samotnie na antyhitlerowską
krucjatę. W rzeczywistości podczas kampanii prezydenckiej na jesieni
1940 r., solennie obiecywał, że „(nasi) chłopcy nie zostaną wysłani na
żadne zagraniczne wojny”.(4)
To, że Hitler rozbił Francję i inne
demokratyczne kraje nie miało znaczenia dla typów z amerykańskich
korporacji robiących z nim interesy. Czuli, że przyszłość Europy należy
do faszyzmu, szczególnie do jego niemieckiej odmiany – nazizmu, niż do
demokracji. (W charakterystyczny dla siebie sposób, prezes General
Motors, Alfred P. Sloan, zadeklarował, że dobrze iż w Europie demokracja
ustępuje miejsca „alternatywnemu systemowi (faszyzmowi) z silnymi,
inteligentnymi i agresywnymi liderami, którzy sprawią, że ludzie będą
pracowali dłużej i ciężej i którzy mają instynkt gangsterów – wszelkie
dobre cechy”!).(5) Ponieważ naprawdę nie chcieli, by przyszłość Europy
należała do ewolucyjnej lub rewolucyjnej (komunizm) wersji socjalizmu,
przemysłowcy amerykańscy byli szczególnie szczęśliwi, kiedy rok później,
Hitler w końcu zrobił to o czym marzył od dawna, mianowicie, zaatakował
Związek Sowiecki w celu zniszczenia ojczyzny komunizmu i jego źródła
wsparcia, wsparcia „czerwonych” na całym świecie, także w USA.
Podczas gdy wiele korporacji było
zaangażowanych w intratne interesy z nazistowskimi Niemcami, inne miały
teraz apetyt na interesy z Wielką Brytanią. Ten kraj – wraz z Kanadą i
innymi krajami brytyjskiego imperium – był jedynym pozostałym wrogiem
Niemiec od jesieni 1940 do czerwca 1941 r., kiedy Hitler zaatakował
Związek Sowiecki, czyniąc tym samym sojusznikami Brytyjczyków i
sowietów. Wielka Brytania desperacko potrzebowała wszelkiego rodzaju
wyposażenia do kontynuowania oporu wobec Niemców, chciała robić zakupy w
USA, ale nie mogła płacić ze względu na legislację „cash and carry”.
Jednak Roosevelt umożliwił amerykańskim korporacjom skorzystanie z tej
okazji, kiedy 11 III 1941 r. wprowadził słynny program lend-lease,
dostarczający Brytyjczykom wirtualny, nielimitowany kredyt na zakup
ciężarówek, samolotów i innego sprzętu w USA. Eksport lend-lease do
Wielkiej Brytanii wygenerował ogromne zyski nie tylko na konto
zaangażowanych wielkich biznesów, ale także dlatego iż eksport
spowodował inflację cen i przyniósł defraudanckie praktyki jak podwójna
księgowość.
Toteż część korporacyjnej Ameryki zaczęła
sympatyzować z Wielką Brytanią. Mniej „naturalny” fenomen niż bylibyśmy
dziś skłonni wierzyć. (W rzeczywistości, po uzyskaniu przez Amerykę
niepodległości, eks-ojczyzna długo pamiętała Wuja Sama jako głównego
wroga; i w późnych latach 30. XX w. amerykańskie wojsko nadal posiadało
plany wojny z Brytyjczykami i inwazji na Dominium Kanadyjskie, w skład
tych drugich wchodziło zastosowania bombardowań miast i użycie gazów
trujących.)(6) Niektórzy z korporacyjnego elektoratu, jednak niewielu,
zaczęło wspierać wejście USA do wojny po stronie Brytyjczyków; zostali
nazwani „interwencjonalistami”. Oczywiście wiele, jeśli nie wszystkie,
wielkich amerykańskich korporacji robiło interesy zarówno z nazistami
jak i z Brytyjczykami, a jako że odtąd i administracja Roosevelta
zaczęła przygotowywać się do możliwej wojny – zwiększając nakłady na
wojsko, zamawiając sprzęt każdego rodzaju – zaczęli zarabiać jeszcze
więcej, zaopatrując amerykańskie wojsko we wszelkie potrzebne
materiały.(7)
Jeśli było coś co do czego wszyscy
liderzy korporacyjni w Ameryce mogli się zgodzić, niezależnie od ich
indywidualnych sympatii wobec Hitlera lub Churchilla, to to, że wojna w
Europie w 1939 r. była dobra, nawet wspaniała, dla biznesu. Zgadzali się
także w tym, że im dłużej będzie trwała, tym lepiej dla nich
wszystkich. Z wyjątkiem kilku najbardziej zagorzałych probrytyjskich
interwencjonistów, uważali, że nie ma potrzeby by USA bezpośrednio brały
udział w wojnie i, w szczególności, występowania przeciwko Niemcom.
Najkorzystniejsze dla Korporacyjnej Ameryki byłoby przeciąganie wojny
tak długo jak to tylko możliwe, aby wielkie korporacje mogły zaopatrywać
Niemców, Brytyjczyków, ich sojuszników i samą Amerykę. Przeto Henry
Ford „wyraził nadzieję iż ani alianci ani oś nie wygra (wojny)”, i
zasugerował, że USA powinny zaopatrywać obie strony w „narzędzia
podtrzymujące walkę dopóki jedni i drudzy nie upadną”. Ford praktykował
to co głosił. Jego fabryki w USA, Wielkiej Brytanii, Niemczech,
okupowanej Francji zaopatrywały w sprzęt obie strony konfliktu.(8) Dla
większości ludzi wojna była piekłem, ale dla amerykańskich „kapitanów
przemysłu”, jak Ford, była spełnieniem marzeń.
Sam Roosevelt generalnie uważał się za
zwolennika interwencji, ale w Kongresie zdecydowanie przeważali
izolacjoniści i nie wyglądało na to, że USA szybko, jeśli w ogóle,
przystąpi do wojny. Jednak wskutek amerykańskiego eksportu do Wielkiej
Brytanii, poprzez lend-lease, stosunki amerykańsko-niemieckie
zdecydowanie uległy pogorszeniu. Na jesieni 1941 r. seria incydentów
między niemieckimi łodziami podwodnymi a amerykańskimi niszczycielami
eskortującymi frachtowce płynące do Anglii, doprowadziła do kryzysu,
który przerodził się w „niewypowiedzianą wojnę”. Lecz nawet ten epizod
nie doprowadził do aktywnego zaangażowania się USA w europejskie
działania. Korporacyjna Ameryka robiła piękne interesy na status quo i
po prostu nie była zainteresowana prowadzeniem antynazistowskiej
krucjaty. Tymczasem Niemcy ugrzęzły w wielkim projekcie Hitlera, jego
misji zniszczenia Związku Sowieckiego. W tej wojnie nic nie szło według
planu. Blitzkrieg na Wschodzie rozpoczęty w czerwcu 1941 r., „miał
rozbić sowietów jak jajko” w 4-6 tygodni, jak uważali eksperci wojenni
nie tylko w Berlinie, ale także w Waszyngtonie. Jednak na początku
grudnia Hitler nadal oczekiwał na białą flagę ze strony przeciwnika. Aż
tu 5 XII 1941 r. Armia Czerwona ruszyła z kontrofensywą spod Moskwy i
nagle Niemcy znaleźli się w poważnych tarapatach. Ostatnią rzeczą jakiej
teraz potrzebował Hitler to wojna z USA.(9)
W latach 30. XX w. amerykańskie wojsko
nie miało planów, nie przygotowywało planów do prowadzenia wojny z
Niemcami. Z drugiej strony – plany takie istniały w stosunku do Wielkiej
Brytanii, Kanady, Meksyku i Japonii.(10) Dlaczego przeciwko Japonii? W
latach 30. XX w. USA były jedną z największych potęg przemysłowych i,
jak to z takimi potęgami bywa, stale poszukiwały źródeł tanich surowców
jak guma i ropa, a także rynków zbytu na swoje produkty. Już pod koniec
XIX w. Ameryka pilnie strzegła swoich interesów poprzez rozszerzanie
swoich wpływów ekonomicznych, a czasem nawet politycznych, na oceany i
kontynenty. Ta agresywna, „imperialistyczna” polityka – prowadzona
bezwzględnie przez prezydentów takich jak Theodore Roosevelt, kuzyn FDR –
przyniosła Ameryce kontrolę nad byłymi hiszpańskimi koloniami jak
Puerto Rico, Kuba i Filipiny, także nad jak dotąd niezależnymi Hawajami.
Wskutek tego Ameryka stała się dużą potęgą na Pacyfiku, a nawet na
Dalekim Wschodzie.(11)
Ziemie na dalekim wybrzeżu Pacyfiku
odgrywały wzrastającą rolę jako rynki zbytu amerykańskich produktów;
były także miejscem pozyskiwania tanich surowców. Lecz po depresji lat
30., kiedy rywalizacja o rynki i surowce wzrastała, przed Stanami
Zjednoczonymi pojawiła się nowa, agresywna potęga przemysłowa, która
nawet jeszcze bardziej potrzebowała ropy i podobnych materiałów oraz
rynków zbytu na swoje końcowe produkty. Tym przeciwnikiem była Japonia,
kraj wschodzącego słońca. Japonia widziała swoje interesy w Chinach oraz
w bogatych w surowce ziemiach Azji Południowo-Wschodniej i, tak jak
USA, nie obawiała się używać przemocy np. prowadząc bezwzględną wojnę z
Chinami, wykrajając sobie klienckie państwo z północnych ziem tego
wielkiego, ale słabego kraju. USA nie były zaniepokojone tym, że Japonia
zagraża Chinom i Korei, ale tym iż zmienia tamtą część świata w to co
nazywała Greater East Asia Co-Prosperity Sphere, w ekonomiczny okręg
podlegający tylko jej, w „zamkniętą strefę” bez miejsca dla Ameryki.
Właściwie robiąc to Japończycy podążali za przykładem Wuja Sama, który
to samo zrobił z Ameryką Łacińską i większą częścią Karaibów,
przekształcając wszystkie te obszary we własny ekonomiczny folwark.(12)
Korporacyjna Ameryka była wściekła z
powodu wypchnięcia poza lukratywne rynki Dalekiego Wschodu przez
„Japońców”. Amerykanie generalnie zaczęli gardzić „żółtą rasą” już w
XIX w.(13) Japonia była postrzegana jako arogancki, ale w zasadzie
słaby, raczkujący kraj, który Amerykanie mogą łatwo „wymazać z mapy w
ciągu trzech miesięcy”, jak to określił sekretarz marynarki Frank Knox
przy pewnej okazji.(14) I tak w latach 30. i na początku 40., Elita
Władzy USA, w większości przeciwna wojnie z Niemcami, była w zasadzie
jednogłośna co do korzyści z wojny przeciwko Japonii – puki ta,
oczywiście, nie zechce poczynić dużych ustępstw, jak „podzielenie się”
Chinami z USA. Prezydent Roosevelt – jak Woodrow Wilson wcale nie
pacyfista jakim go uczyniono w podręcznikach historii – skłonny był do
spreparowania takiej „wspaniałej, małej wojny”. (Określenie ukute przez
sekretarza stanu Johna Hay w odniesieniu do wojny
amerykańsko-hiszpańskiej w 1898 r.; była „wspaniała” ponieważ pozwoliła
USA „zapakować do kieszeni” Filipiny, Puerto Rico, etc.) W lecie
1941 r., po tym gdy Tokio rozszerzyło swoją strefę wpływów na Dalekim
Wschodzie, mi. okupując Indochiny (bogatą w gumę kolonię francuską) oraz
poczuła desperacką chuć na bogatą w ropę Indonezję (kolonię
holenderską), FDR zdecydował, że nadszedł czas na wojnę z Japonią.
Stanął jednak przed dwoma problemami. Po pierwsze – amerykańska opinia
publiczna była zdecydowanie przeciwna jakiejkolwiek zagranicznej wojnie.
Po drugie – izolacjonistyczna większość w Kongresie mogła nie pozwolić
na taką wojnę, obawiając się iż automatycznie pchnie ona USA do wojny
przeciwko Niemcom.
Rozwiązaniem Roosevelta tego podwójnego
problemu, według autora szczegółowego i bardzo dobrze udokumentowanego
studium, Roberta B. Stinnetta, było „sprowokowanie Japonii do wyraźnego
aktu wojennego przeciwko USA.”(15) Rzeczywiście, w przypadku japońskiego
ataku, amerykańska opinia publiczna nie będzie miała wyboru jak tylko
pomalować się w barwy wojenne. (Podobnie uczyniono z publiką w przypadku
wojny amerykańsko-hiszpańskiej, kiedy to będący w „gościach”
amerykański okręt wojenny zatonął w dziwnych okolicznościach w porcie w
Hawanie – za co natychmiast zostali oskarżeni Hiszpanie; po drugiej
wojnie światowej Amerykanie nadal preparowali wojny (tzn. ich rząd), za
pomocą różnych prowokacji jak np. incydent w Zatoce Tonkijskiej w
1964 r.) Dalej, w związku z Paktem Trzech – zawartym przez Japonię,
Niemcy i Włochy w Berlinie 27 IX 1940 r., trzy państwa zobowiązały się
do wzajemnej pomocy w razie gdyby któreś zostało zaatakowane przez
państwo trzecie (sami nie mogli jednak podejmować ataku – wtedy reszta
nie była zobowiązana do pomocy). Toteż w przypadku japońskiego ataku na
USA, izolacjoniści, będący nie-interwencjonalistami w odniesieniu do
Niemiec lecz nie w odniesieniu do Japonii, nie musieli obawiać się iż
konflikt z Japonią jednocześnie będzie oznaczał wojnę z Niemcami.
I prezydent Roosevelt zdecydował, że
„pierwszy jawny ruch musi należeć do Japonii”, poprzez „sprowokowanie
Japonii do wyraźnie wrogiego aktu na zasadach polityki prowadzonej wobec
niej w 1941 r.”, jak napisał Stinnett. Fortel zakładał rozmieszczenie
okrętów wojennych blisko, a nawet na samych wodach terytorialnych
Japonii; najwyraźniej mając nadzieję na casus belli w stylu Zatoki
Tonkijskiej. Jednak bardziej efektywna była nieustająca presja
ekonomiczna; dla Japonii jako kraju desperacko potrzebującego materiałów
takich jak ropa i guma, etc. było to szczególnie prowokujące. W lecie
1941 r. administracja Roosevelta zamroziła wszystkie aktywa japońskie w
USA oraz wprowadziła „strategię udaremniania pozyskiwania przez Japonię
produktów z ropy.” We współpracy z Brytyjczykami i Holendrami,
antyjapońsko nastawionymi z własnych przyczyn, USA wywarły dotkliwe
sankcje ekonomiczne wymierzone w Japonię, w skład których wchodziło mi.
embargo na niezbędne produkty ropopochodne. Sytuacja pogorszyła się na
jesieni 1941 r. 7 XI Tokio, mając nadzieję na uniknięcie wojny z potężną
Ameryką, zaoferowało wprowadzenie w Chinach zasady niedyskryminacji w
relacjach handlowych na warunkach jakie Amerykanie zaprowadzili we
własnej strefie wpływów w Ameryce Łacińskiej. Jednak Waszyngton chciał
wzajemności tylko w sferze wpływów innych imperialnych potęg, a nie na
własnych podwórku; japońska oferta została odrzucona.
Kontynuowanie antyjapońskich prowokacji
miało skłonić Japonię do wojny i rzeczywiście coraz bardziej było to
możliwe do osiągnięcia. „Kontynuowanie wsadzania pinesek w
grzechotnika”, FDR wyznał później przyjaciołom, „ostatecznie doprowadzi
do ugryzienia przez ten kraj.” 26 XI, kiedy Waszyngton domagał się
japońskiego wycofania się z Chin, „grzechotniki” w Tokio zdecydowały, że
mają dość i zaczęli przygotowywać się do „ugryzienia”. Japońska flota
otrzymała rozkaz popłynięcia na Hawaje w celu zaatakowania okrętów
wojennych ulokowanych tam przez Roosevelta w 1940 r, raczej w celu
prowokacji – Japończycy uznali je za kuszący cel. Amerykanie złamali
japońskie szyfry więc doskonale wiedzieli co zamierza japońska armada,
ale rząd nie ostrzegł dowódców na Hawajach, tym samym zezwolił na
„niespodziewany” atak na Pearl Harbor w niedzielę 7 XII 1941 r.(16)
Tego
dnia łatwo było FDR przekonać Kongres do wypowiedzenia wojny Japonii, a
lud Ameryki, zszokowany „widocznie” tchórzliwym i niczym nie
sprowokowanym atakiem, dokładnie jak ich rząd oczekiwał, poparł wojnę.
USA były gotowe do wojny z Japonią. Pearl Harbor wcale nie był taką
katastrofą jaką mógł się zdawać. Statki które zatonęły w „większości
były dwudziestosiedmioletnimi reliktami pierwszej wojny światowej”,
nieodpowiednimi do walki z Japonią. Z drugiej strony, nowoczesne okręty
wojenne, w tym lotniskowce których rola w tej wojnie okaże się
decydująca, zostały nietknięte (przez przypadek?), dostały rozkazy z
Waszyngtonu i wypłynęły przed atakiem.(17) Jednak nie wszystko poszło
zgodnie z oczekiwaniami. Kilka dni później, 11 XII nazistowskie Niemcy
niespodziewanie wypowiedziały wojnę USA. USA stanęły przed dwoma
wrogami, to dużo więcej niż oczekiwały, wikłając się w wojnę na dwa
fronty, w wojnę światową.
W Białym Domu atak japoński nikogo nie
zdziwił, ale niemiecka deklaracja wojny była prawdziwą bombą. Niemcy nie
miały nic wspólnego z atakiem na Hawajach i w amerykańskich planach
nawet nie były brane pod uwagę, więc FDR nawet nie rozważał zapytania
Kongresu o wypowiedzenie im wojny w tym samym czasie co Japonii.
Wprawdzie relacje amerykańsko-niemieckie od pewnego już czasu pogorszyły
się z powodu aktywnego wspierania Wielkiej Brytanii przez USA,
eskalując do niewypowiedzianej wojny morskiej w 1941 r. Jednak, jak już
widzieliśmy, Elita Władzy USA nie uważała za konieczne interweniować w
europejską wojnę. To sam Hitler wypowiedział wojnę USA 11 XII 1941 r.,
co zresztą zdziwiło Roosevelta. Dlaczego? Tylko kilka dni wcześniej
5 XII 1941 r. pod Moskwą Armia Czerwona rozpoczęła kontrofensywę, co
było zupełną porażką Blitzkriegu. Tego samego dnia Hitler i jego
generałowie doszli do wniosku, że nie są już w stanie wygrać wojny. Lecz
gdy kilka dni później, niemiecki dyktator dowiedział się o japońskim
ataku na Pearl Harbor, zdaje się iż doszedł do wniosku, że pomoc
udzielona Japończykom, choć nie wymagał tego Pakt Trzech, może skłonić
ich do wypowiedzenia wojny wrogowi Niemiec – Związkowi Sowieckiemu.
Z uwagi na japońską armię stacjonującą w
północnych Chinach, a zdolną do natychmiastowego ataku na Związek
Sowiecki w rejonie Władywostoku, konflikt z Japonią postawiłby sowietów w
ekstremalnym niebezpieczeństwie wojny na dwa fronty, co dawałoby
możliwość Niemcom wygrania antysowieckiej „krucjaty”. Toteż Hitler
wierzył, że Japonia stanie się jego deus ex machina na sowietów. Jednak
Japończycy nie połknęli hitlerowskiej przynęty. Tokio, także, gardziło
sowieckim państwem, ale uwikławszy się już w wojnę z USA, nie mogło
pozwolić sobie na luksus wojny na dwa fronty. Wolało postawić wszystko
na „południową” strategię, mając nadzieję wygrać dostęp do bogatych w
surowce terytoriów Azji Południowo-Wschodniej. Japonii nie interesowało
narażanie się na niegościnnych obszarach Syberii. Dopiero na samym końcu
wojny, po niemieckiej kapitulacji, doszło do zatargów
japońsko-sowieckich. W każdym bądź razie, z powodu niekoniecznej
hitlerowskiej deklaracji wojny, USA zostały od tego czasu aktywnym
uczestnikiem wojny w Europie, z Wielką Brytanią i Związkiem Sowieckim
jako sojusznikami.(18)
W ostatnich latach, Wuj Sam chodzi na
wojny raczej często, ale wmawia nam się iż robi to z humanitarnych
powodów mi. by zapobiegać holocaustom, powstrzymywać terroryzm przed
czynieniem wszelkiego rodzaju zła, by usuwać wstrętnych dyktatorów, by
promować demokrację, etc.(19)
Nigdy z powodów interesów ekonomicznych
USA, a i lepiej, wielkich amerykańskich korporacji. Bardzo często te
wszystkie wojny są porównywane do amerykańskiego archetypu „dobrej
wojny”, drugiej wojny światowej, na którą Wuj Sam wyruszył jedynie po to
by bronić wolności i demokracji oraz aby zwalczać dyktatorów i
niesprawiedliwość. (Aby usprawiedliwić „wojnę z terroryzmem”, np. i
„sprzedać” ją amerykańskiej opinii publicznej, prezydent George W. Bush
porównał 11 IX do ataku na Pearl Harbor.) Lecz te krótkie przedstawienie
okoliczności amerykańskiego przystąpienia do wojny w grudniu 1941 r.
ujawnia zupełnie inny obraz. Amerykańska Elita Władzy pragnęła wojny z
Japonią, jej plany były gotowe od pewnego czasu i w 1941 r. Roosevelt
grzecznie zaaranżował jej początek. Powodem nie były działania Tokio
(niesprowokowana agresja i okropne zbrodnie wojenne w Chinach), ale
zrobił to ponieważ amerykańskie korporacje chciały pokroić „tort” –
bogactwa surowcowe i rynki Dalekiego Wschodu. Z drugiej strony, ponieważ
wielkie korporacje amerykańskie robiły dochodowe interesy z Niemcami
odkąd Hitler rozpętał wojnę (zaopatrując go w sprzęt i ropę potrzebne do
jego wojny błyskawicznej), Elita Władzy nie chciała z nim walczyć, choć
w obfitości znajdowało się „humanitarnych powodów” do wojny z
prawdziwie złą III Rzeszą. Przed 1941 r. nie istniały plany wojny z
Niemcami, a w 1941 r. USA niechętnie poszły na wojnę z Hitlerem –
zostały w nią „wciągnięte” przez „samobójczy krok” Hitlera.
Humanitarne powody nie odegrały żadnej
roli podczas przystępowania USA do drugiej wojny światowej, zwanej tam
„dobrą wojną”. I nie ma powodów by wierzyć, że teraz Ameryka prowadzi
„dobre wojny” np. w Iraku, Afganistanie i Libii – lub w spodziewanej
wojnie z Iranem.
Wojna z Iranem jest pożądana przez
Korporacyjną Amerykę, ponieważ może dać dostęp do dużego rynku, bogactwa
surowcowego, szczególnie ropy. Jak w przypadku Japonii, plany wojenne
są gotowe i obecny dzierżawca Białego Domu, jak Roosevelt, chętnie
pójdzie podobną drogą. Następnie, jak i w przypadku Japonii, są
preparowane prowokacje. Tym razem jako sabotaż i ataki dronów, jak i
prowokacyjne (w starym stylu) rozmieszczenie okrętów wojennych tuż obok
wód terytorialnych Iranu. Waszyngton ponownie „wbija pineski w
grzechotnika”, widocznie mając nadzieję, że irańskie „grzechotniki”
ugryzą – usprawiedliwiając „wspaniałą, małą wojnę”. Lecz, jak i w
przypadku Pearl Harbor, wywołana wojna może okazać się większa, dłuższa i
okropniejsza niż to się przywiduje.
Jacques R. Pauwels jest autorem The Myth of the Good War: America in the Second World War, James Lorimer, Toronto, 2002.
Przypisy:[1] C. Wright Mills, The Power Elite, New York, 1956.
[2] Cited in Charles Higham, Trading with the Enemy: An Exposé of The Nazi-American Money Plot 1933-1949, New York, 1983, p. 163.
[3] Robert B. Stinnett, Day of Deceit: The Truth about FDR and Pearl Harbor, New York, 2001, p. 17.
[4] Cited in Sean Dennis Cashman, America, Roosevelt, and World War II, New York and London, 1989, p. 56; .
[5] Edwin Black, Nazi Nexus: America’s Corporate Connections to Hitler’s Holocaust, Washington/DC, 2009, p. 115.
[6] Floyd Rudmin, “Secret War Plans and the Malady of American Militarism,” Counterpunch, 13:1, February 17-19, 2006. pp. 4-6, http://www.counterpunch.org/2006/02/17/secret-war-plans-and-the-malady-of-american-militarism
[7] Jacques R. Pauwels, The Myth of the Good War : America in the Second World War, Toronto, 2002, pp. 50-56. The fraudulent practices of Lend-Lease are described in Kim Gold, “The mother of all frauds: How the United States swindled Britain as it faced Nazi Invasion,” Morning Star, April 10, 2003.
[8] Cited in David Lanier Lewis, The public image of Henry Ford: an American folk hero and his company, Detroit, 1976, pp. 222, 270.
[9] Jacques R. Pauwels, “70 Years Ago, December 1941: Turning Point of World War II,” Global Research, December 6, 2011, http://globalresearch.ca/index.php?context=va&aid=28059.
[10] Rudmin, op. cit.
[11] See e.g. Howard Zinn, A People’s History of the United States, s.l., 1980, p. 305 ff.
[12] Patrick J. Hearden, Roosevelt confronts Hitler: America’s Entry into World War II, Dekalb/IL, 1987, p. 105.
[13] “Anti-Japanese sentiment,” http://en.wikipedia.org/wiki/Anti-Japanese_sentiment
[14] Patrick J. Buchanan, “Did FDR Provoke Pearl Harbor?,” Global Research, December 7, 2011, http://www.globalresearch.ca/index.php?context=va&aid=28088 . Buchanan refers to a new book by George H. Nash, Freedom Betrayed: Herbert Hoover’s Secret History of the Second World War and its Aftermath, Stanford/CA, 2011.
[15] Stinnett, op. cit., p. 6.
[16] Stinnett, op. cit., pp. 5, 9-10, 17-19, 39-43; Buchanan, op. cit.; Pauwels, The Myth…, pp. 67-68. On American intercepts of coded Japanese messages, see Stinnett, op. cit., pp. 60-82. “Rattlesnakes”-quotation from Buchanan, op. cit.
[17] Stinnett, op. cit., pp. 152-154.
[18] Pauwels, “70 Years Ago…”
[19] See Jean Bricmont, Humanitarian imperialism: Using Human Rights to Sell War, New York, 2006.
Fall 1941: Pearl Harbor and The Wars of Corporate America
http://www.globalresearch.ca/fall-1941-pearl-harbor-and-the-wars-of-corporate-america/28159
Autor: dr Jacques R. Pauwels, 27 X 2012 r.;
Żródło tłumaczenia: Ussus
Subskrybuj:
Posty (Atom)